Inwestowanie w Chinach: tematy na konferencję?

Kilka tygodni temu miałem okazję rzucić okiem na program dużej konferencji o prawnym otoczeniu zagranicznych inwestycji w Chinach. Sam projekt, który dostałem do skonsultowania nie był interesujący, ale skłonił mnie do zastanowienia nad poprawną strukturą takiej konferencji. W tym sensie kiepski projekt okazał się inspirujący 😉

Struktura konferencji zależy oczywiście od grupy docelowej. Zakładając, że przygotowujemy ją z myślą o słuchaczach, trzeba przestrzegać prostej reguły – nie nudzić, bo zjedzą lunch i wyjdą. Stanowcze “nie” dla pomysłu “politycy, politolodzy i emerytowani dyplomaci dzielą się swoimi przemyśleniami po przeczytaniu książki Kissingera” (bądźmy szczerzy zresztą – po przeczytaniu spolszczonej recenzji tejże książki) oraz “ekonomista-celebryta opowie o kryzysie i wykupie lewarowanym gospodarki światowej przez Chiny“. Szkoda czasu. Jeśli taki komponent jest konieczny (np. wypada dać się wypowiedzieć sponsorom, czy promotorowi bratanicy) – to chociaż nie przed lunchem (patrz wyżej). Do kategorii “nuda” zaliczam prezentacje i dyskusje na wszelkie przypadkowe tematy, z których nie wynika dla słuchaczy praktyczna konkluzja, rzecz jasna nawet jeśli prelegenci nudni nie są.

Wiadomo czego unikać. O czym zatem mówić?

O sytuacjach, w których istotna część słuchaczy zmierzy się z chińskim otoczeniem regulacyjnym bizesu (mniej więcej – chińskim prawem) i otoczeniem kulturowym tegoż. Z mojego doświadczenia (ograniczonego, ale z dostępnych mi najbardziej reprezentatywnego) wynika, że każdy inwestor w Chinach prędzej czy później ma do czynienia z następującymi poniższymi zagadnieniami. Dobrze jeśli ma to miejsce na etapie planowania inwestycji i negocjowania jej warunków, a nie przy okazji sporu.

  • Jak działają wehikuły inwestycyjne: kontrola operacyjna nad spółką, wyjście z inwestycji (wszelkie korporacyjne kwestie typu SHA, Texas shoot-out na gruncie chińskiego prawa spółek i cywilnego).
  • Chińskie prawo zobowiązań (umowy, wybór prawa obcego, prawo zobowiązań w Hong Kongu).
  • Ochrona technologii (tajemnica przedsiębiorstwa, umowy produkcyjne, dystrybucyjne, non-compete, non-circumvention).
  • Dostęp do rynku – bariery i zachęty dla inwestowania w poszczególnych branżach (przymusowe JV z chińskimi partnerami).
  • Spory – o sądownictwie nie da się wiele powiedzieć (cytując Peerenbooma – “Rule of law requires a judiciary that is independent, competent, and enjoys sufficient powers to resolve disputes fairly and impartially. China’s judiciary falls short on each of these three dimensions“), więc coś dobrego lepiej powiedzieć o arbitrażu w Chinach i w Azji.
  • Przedsiębiorców interesują zwykle kwestie typowo branżowe (klasycznym pytaniem seminaryjno-konferencyjnym jest “a jakie jest cło eksportowe na ferromagnetyki”), dla których nie sposób znaleźć wspólny mianownik (uwaga – nie zanudzać większości).
  • Prawo antymonopolowe – bardzo ważne dla dużych międzynarodowych firm, dla polskich inwestorów, z uwagi na skalę ich działania (kartele) lub inwestycji (kontrola przejęć) – nie ma znaczenia.
  • Zagadnienia na styku porządków prawnych UE i Chin – przede wszystkim ochrona wspólnego rynku (cła antydumpingowe).

***

Jeśli pominąłem jakiś “uniwersalny” problem, z którym mają/mieli do czynienia Czytelnicy – to zapraszam do komentowania. Listę będę uzupełniał.

***

No i pominąłem – zob. komentarz Moniki Prusinowskiej (z Pekinu): prawo rzeczowe/nieruchomości i kwestia due diligence chińskiego przedsiębiorstwa (zaczynając od tego, czy w ogóle istnieje i czy jest właściwie reprezentowane (to od razu polecam lekturę – oldie but goodie – artykuły Donalda Clarke’a pod wiele mówiącym tytułem “How do we Know When an Enterprise Exists? Unanswerable Questions and Legal Polycentricity in China“).

Posted in any | Tagged | 2 Comments

Chiny, lotnictwo i CO2

Jednym z istotnych wątków w  chińsko-europejskich relacjach gospodarczych w najbliższych kilkunastu miesiącach będzie spór między Komisją Europejską a chińską branżą lotniczą (i chińskim rządem w tle) o opłaty za emisje CO2.

Zgodnie z przyjętym w Unii systemem ograniczenia emisji CO2 (EU ETS), ograniczenia w emisji od początku 2012 dotyczy nie tylko emitentów przemysłowych, ale także linii lotniczych. Nie tylko europejskich, ale wszelkich, które do i z Europy latają. Spotkało sie to oczywiście z obiekcjami linii lotniczych spoza UE (przede wszystkim amerykańskich). Pod koniec grudnia 2011 Trybunał Sprawiedliwości UE, w sprawie C‑366/10 (orzeczenie prejudycjalne na wniosek angielskiego sądu, który rozstrzygał skargę Air Transport Association of America i kilkoma amerykańskimi przewoźnikami lotniczymi na brytyjskiego Secretary of State for Energy and Climate Change ) stwierdził, że przepisy Dyrektywy 2008/101/WE włączające działalność lotniczą do sektorów objętych ograniczeniami emisji gazów cieplarnianych nie jest sprzeczne z międzynarodowymi zobowiązaniami państw członkowskich UE (linie lotnicze powoływały się na naruszenie m.in. Konwencji Chicagowskiej, Protokołu z Kyoto i umów o “otwartym niebie” między USA i UE). 

Chińczycy dotąd nie zabierali głosu w sprawie EU ETS, przynajmniej nie robili tego publicznie. W grudniu 2011 oświadczyli, że nie będą płacić. Po raz pierwszy przeczytałem o tym  w gazecie codziennej w Tajlandii, ale sprawie pisały (w kontekście przegranej amerykańskich linii lotniczych i chińskich planów) gazety w USA (artykuł w NYT) i w Europie. W polskiej prasie biznesowej temat pojawił się dopiero po kilku tygodniach, ale nie wywołał większego zainteresowania, a do mediów codziennych w ogóle się nie przedarł (na codzień jest tyle ważniejszych spraw – ACTA, komisja smoleńska, Rutkowski, Lis, Kolenda).

O sprawie na razie nic nie słychać. Sytuacja jest patowa, bo choćby państwa członkowskie bardzo chciały, a Chiny nie wiem jak się złościły, to Komisja nie wycofa się w wdrożenia polityki klimatycznej. Zwolnienie chińskich linii lotniczych z obowiązków, którym poddane są wszystkie inne linie, oznaczałoby rozmontowanie misternego systemu ETS, jednego z najważniejszych projektów Komisji ostatnich lat.

Załóżmy, że Chińczycy rzeczywiście nie kupują (i nie oddają do umorzenia) uprawnień do emisji CO2, odmawiają płacenia kar ale nadal latają do Europy. Chińscy przewoźnicy będą potrzebowali w 2012 około 17,5 miliona jednostek uprawnień do emisji CO2. Koszt ich zakupu, przy obecnych cenach (ok. 7 euro za jednostkę) to okoo 123 milionów euro. Wysokość kar, w przypadku gdy Chińczycy nie przedstawią do umorzenia stosownej liczby jednostek uprawnień do emisji za 2012 (do 30 kwietnia 2013, gdy nastąpi rozliczenie) wyniesie 1,75 mld euro.

1 maja 2013 Komisja Europejska będzie miała do ściągnięcia ok. 1,88 mld euro. Pytanie co wtedy zrobi? Zajmie majątek chińskich przewoźników w Europie? Wystąpi o tytuły egzekucyjne w innych krajach i Chińczycy zostaną bez cywilnej floty lotniczej? Będzie zajmować majątek właścicieli chińskich przewoźników lotniczych?

Nie sądzę. Ryzyko polityczne takiego ruchu byłoby zbyt duże.  Spodziewam się raczej jakiegoś rozwiązania kompromisowego – Chińczycy płacą, ale w zamian za to coś dostają (tylko co?).

Posted in any | Tagged | Comments Off on Chiny, lotnictwo i CO2

raport o chińskich inwestycjach w Europie

Dzisiaj ukazał się raport Rhodium Group, p.t. China Invests in Europe: Patterns, Impacts and Policy Implications (tutaj link), który zacząłem przeglądać między spotkaniami (całość będzie musiała poczekać na dogodniejszy moment, w rodzaju poczekalni na lotnisku).

Co z niego wynika na pierwszy rzut oka: Chiny są na samym początku drogi w kierunku zagranicznej ekspansji – na razie inwestują zagranicą znacznie mniej niż mogłyby i chciałyby (brak doświadczenia? bariera kulturowa?), inwestycje w ostatnich kilkunastu miesiącach “drastycznie” rosną, w ciągu kolejnych 8 – 10 lat należy się spodziewać, że chińscy inwestorzy będą największymi graczami w Europie.

Czeka nas boom na rynku M&A z chińskimi inwestorami, w całej Europie, w tym w Polsce.

Kto jest gotowy?

Posted in any | Tagged , , | Comments Off on raport o chińskich inwestycjach w Europie

aktualności

W najbliższych dniach będę miał kilka tzw. speaking engagements –  1. Szanse i wyzwania dla biznesu w Chinach, cykl seminariów w Warszawie (29.05), Krakowie (30.05) oraz Gdańsku (31.05) “Ośrodki Enterprise Europe Network przy Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP), Izbie Przemysłowo-Handlowej w Krakowie, Stowarzyszeniu “Wolna Przedsiębiorczość” oraz Centrum Transferu Technologii w Gdańsku zapraszają na cykl seminariów  „Jak zarządzać prawami własności intelektualnej prowadząc działalność gospodarczą w Chinach”.

Część pierwsza seminarium obejmuje trzy prezentacje dotyczące szans i wyzwań prowadzenia działalności gospodarczej w Chinach, strategii ochrony praw własności intelektualnej w Chinach oraz współpracy technologicznej.”
 

2. Allerhand Movie Series: “The Paper Chase”. Co to znaczy “myśleć jak prawnik”

W jednej z pierwszych scen filmu profesor Kingsfield wypowiada credo – swoje i całej amerykańskiej edukacji prawniczej: Studiowanie prawa to doświadczenie nowe i zaskakujące dla większości z was, niepodobne do czegokolwiek innego. Prawa uczycie się sami, a moje zadanie to wyćwiczyć wasze umysły. Przyszliście tu z głowami napełnionymi papką, lecz jeśli wytrwacie, to odejdziecie zdolni <myśleć jak prawnik>“.

Idea “myślenia jak prawnik“, zanegowanie prawa jako nauki i posługiwanie się tzw. metodą sokratejską, gdzie profesor zamiast wykładać, tłumaczyć i opisywać, zadaje pytania (a odpowiedzi na nie są tylko wstępem do kolejnych pytań) – to centralne zjawiska amerykańskiej edukacji prawniczej.

The Paper Chase nie będąc filmem wybitnym, jest jednocześnie jednym z najlepszych filmów o prawie – pochwałą i objaśnieniem amerykańskiej edukacji prawniczej. Słabości fabularne doskonale punktuje recenzja z New York Times, towarzysząca premierze filmu: “Zwykle można odróżnić dobry film od słabego po pierwszych 15 minutach, a już na pewno po półgodzinnym oglądaniu. The Paper Chase (…) jest inny. Potrzeba na to niemal całego filmu. (…) Film powoli rozmięka jak wosk w upalny dzień, tracąc swój kształt i treść, które z początku skupiły naszą uwagę“.

Film został jednak bardzo dobrze przyjęty przez publiczność (nie tylko prawników). Nakręcono na jego podstawie serial telewizyjny, a odtwórca roli profesora Kingsfielda (właściwego bohatera filmu), 70-letni debiutant w roli aktora, zdobył za nią
 Oscara. The Paper Chase jest klasyczną pozycją amerykańskiego kina prawniczego, poszczególne sceny i kwestie weszły do kultury masowej, a pojęcie „myśleć jak prawnik” przyjęło się nadzwyczaj dobrze w poważnym dyskursie akademickim. Dla naszych potrzeb warstwa fabularna i obyczajowa, historia sukcesów i porażek grupy studentów, w tym próba charakteru i talentu głównego protagonisty, wąsatego prowincjusza (James Hart) oraz wątek romansowy – mają znaczenie zdecydowanie drugorzędne

Kluczowa jest postać profesora Charlesa Kingsfielda – błyskotliwego, ironicznego, surowego, a miejscami brutalnego profesora prawa. Kingsfield to uosobienie metody sokratejskiej, w której nauczyciel zamiast wykładać zadaje pytania, a nagrodą za dobrą odpowiedź jest kolejne, bardziej wnikliwe pytanie. Student nigdy nie dostaje wyraźnej wskazówki, ani oceny swojej odpowiedzi.

Dla specyficznego widza, polskiego prawnika, film ten ma jeszcze jedną warstwę: jest miażdżącą krytyką “polskiego” nauczania prawa. Wzorowy polski student byłby tym z kolegów Jamesa Harta, który choć ma fotograficzna pamięć, oblewa wszystkie egzaminy. Jak powiada Kingsfield – pamięć bez rozumienia i kojarzenia, to najbardziej bezwartościowa właściwość umysłu”.

Szczegóły

Posted in aktualności | Tagged , , | Comments Off on aktualności

Allerhand – Noerr Mining, Oil & Gas Law Workshop

Zamiast nowej notki (która już dawno powinna się była tutaj znaleźć) – ogłoszenie o projekcie nad którym pracuję (koordynuję?) w ramach moich zajęć w Instytucie Allerhanda.

***

Program adresowany jest do doktorantów, absolwentów oraz studentów uczelni prawniczych, zainteresowanych tematyką branży energetycznej i wydobywczej oraz ekonomiczną analizą prawa.

Zajęcia prowadzone będą przez doświadczonych doradców prawnych branży energetycznej i wydobywczej, w formule seminarium – analizy przypadków odnoszących się do praktycznych problemów branży wydobywczej w związku z poszukiwaniem, rozpoznaniem i wydobyciem surowców naturalnych, ze szczególnym uwzględnieniem gazu niekonwencjonalnego.

Planujemy 10 spotkań w terminie od maja do października 2012. Będą one odbywać się w Warszawie, w biurze międzynarodowej kancelarii Noerr przy Al. Armii Ludowej 26.

Szczegóły na temat programu pod tym linkiem: Ogłoszenie na stronach Instytutu Allerhanda.

Posted in any | Tagged , , , | Comments Off on Allerhand – Noerr Mining, Oil & Gas Law Workshop

Rządowa strategia Go China

Od lat dużo mówi się w Polsce o współpracy gospodarczej z Chinami i o doniosłej roli władz państwowych jej wsparciu. Inwestycje, Chiny, gospodarka, wzrost, eksport są odmieniane przez wszystkie przypadki. Zwykle w mniej lub bardziej kuriozalnym kontekście.

Weźmy pierwszy z brzegu materiał prasowy (3 listopada 2010, gazeta.pl): “Waldemar Pawlak i wiceminister handlu Chin Jiang Zengwei podpisali w Warszawie deklarację, która ma zacieśnić stosunki między obydwoma krajami.” – zaczyna się obiecująco, jak każde spotkanie na szczeblu rządowym, z definicji przełomowe w stosunkach polsko-chińskich. Dalej kilka złotych myśli o rozwoju stosunków handlowych, których nie powstydziłby się David Ricardo: “W ocenie wicepremiera dla przedsiębiorców z Chin atrakcyjne mogłoby być szerokotorowe połączenie kolejowe Polska – Chiny. – Przy takim połączeniu skraca się znacznie czas importu towarów z Chin w porównaniu z obecnym transportem morskim – powiedział. Dodał też, że polem do współpracy są też inwestycje drogowe. Chińczycy budują już jeden z odcinków autostrady A2, a w planach jest współpraca przy budowie szybkiej kolei w Polsce.”

Dziwię się, że autorzy rządowej “Strategii Go China“, ogłoszonej uroczyście w marcu 2012, zarzucili błyskotliwy pomysł budowy porządnych polskich torów kolejowych przez Syberię. Program Go China stanowi, jak objaśnia prasa “odpowiedź na chińską strategię Go Global“. Jak informuje wiceminister gospodarki (w Pulsie Biznesu i Gazecie Wyborczej) – “Kilka rządowych agend chce zaproponować wspólny program dla Chin. Po mocnym uderzeniu, jakim była ubiegłoroczna wizyta prezydenta, teraz zaproponujemy przedsiębiorcom dalsze wsparcie”. “Strategia” jest wspólnym projektem Ministerstwa Gospodarki, Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych. Prezes PAIIZ komentuje: “Widać, że Polska bierze się serio za Chiny. Partyzanckie próby rozmaitych instytucji zostaną zastąpione przez skoordynowane działanie”. (cyt. za Gazetą)

Tak zachęcony postanowiłem przyjrzeć się tej nowej jakości zastępującej dotychczasowe “partyzanckie próby”.

Na razie uruchomiona została strona internetowa gochina.gov.pl – na pierwszy rzut oka – kompendium praktycznej wiedzy o Chinach. Niestety zamieszczony tam materiał czyta się ze zdumieniem, przykrością i irytacją. Najoględniej ujmując jego wartość merytoryczna jest nikła.

Czego może dowiedzieć sie potencjalny polski inwestor o formach prowadzenia działalności w Chinach? Że dopuszczalne formy prowadzenia działalności to biuro przedstawicielskie, spółka joint venture, spółka z wyłącznym udziałem zagranicznym (nazwy źle przetłumaczone oczywiście), a ponadto, że możliwy jest zakup  udziałów w przedsiębiorstwie państwowym. Sporo błędów rzeczowych, plus pominięto ważny wehikuł (funkcjonujący na rynku już ósmy rok) – spółkę zarejestrowaną w Hongkongu.

Przy okazji biura przedstawicielskiego dowiadujemy się, że “nie posiada osobowości prawnej, nie ma zatem możliwości dochodzenia roszczeń przed sądem”. To oczywiście bzdura. Tak jakby twierdzić, że spółka brytyjska, której oddział wpisano do polskiego KRS nie może dochodzić roszczeń przed polskim sądem, bo nie ma osobowości prawnej.

Jeszcze ciekawszych rzeczy dowiemy się o spółkach JV – funkcjonują rzeczywiście dwa rodzaje, kontraktowa i kapitałowa. Jednak twierdzenie, że “zasadnicza różnica między tymi formami polega na podziale zysków oraz partycypacji w ponoszeniu ryzyka i strat. W przypadku spółki kontraktowej podział ten następuje zgodnie z zapisami kontraktu wiążącego obie strony. W przypadku spółki kapitałowej podział następuje w relacji do procentu zainwestowanego kapitału początkowego” prowadzi do wniosku, że twórcy Go China nie zadali sobie trudu przejrzenia przepisów, które komentują.
Dalej o spółkach JV – trafiamy na prawdziwy klejnocik polsko-chińskiej myśli prawniczej: “Dla porównania, cudzoziemcy zakładający kontraktowe joint venture (…). Posiadają oni także wybór i możliwość zakupu praw do statusu podmiotu.” Cóż to jest “wybór i możliwość zakupu praw do statusu podmiotu”…  nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.

Twórcom Go China nie udało się nawet proste z pozoru zadanie – skompletowanie linków do angielskich tłumaczeń chińskich przepisów na stronach ministerstwa gospodarki ChRL – MOFCOM (skądinąd warty polecenia serwis www.fdi.gov.cn – niestety rzadko aktualizowany). Niepotrzebnie pokuszono się o tłumaczenie nazw poszczególnych ustaw na polski (aż strach myśleć co by się działo gdyby całe akty prawne zostały w taki sposób przetłumaczone). W efekcie czytelnik przeciera oczy ze zdumienia: Company Law przetłumaczono jako “Ustawę o firmach“, Contract Law jako “Ustawę o Kontrakcie“, Law on Chinese-Foreign Equity Joint-Ventures jako “Ustawę o Chińsko-Zagranicznych Spółkach“, a Law on Chinese-Foreign Contractual Joint Ventures jako “Ustawę o Chińsko-Zagranicznych Kontraktowych Spółkach Joint-Venture“. (link)

Niestety pozostałe materiały dotyczące chińskiego prawa są równie niskiej jakości.

Chwytający za serce jest wstęp do materiału o ochronie własności intelektualnej: “Globalizacja sprzyja współpracy gospodarczej pomiędzy przedsiębiorcami mającymi swe siedziby w różnych państwach. Niewątpliwie współpraca ma wiele pozytywnych aspektów dla obu stron. Przykładowo polscy przedsiębiorcy mają możliwość inwestycji w Chinach, czy w innych krajach Dalekiego Wschodu, co umożliwia obniżenie kosztów produkcji towarów, a przez to zwiększenie ich konkurencyjności. Możliwości wymiany niestety wykorzystywane są również przez nieuczciwych handlowców, którzy niekiedy ignorując prawa własności intelektualnej, wytwarzają produkty bez stosownych licencji. Nie płacąc wynagrodzenia uprawnionym obniżają koszty produkcji, stając się znacznym zagrożeniem dla legalnie działających firm.” Pisanie naiwnym językiem “oczywistych oczywistości”…

Dalej jest coraz gorzej: początki IP w Chinach, to zdaniem Go China przystąpienie Chin do WTO w 2001. (“W okresie ostatnich dwóch dekad Chiny sukcesywnie rozwijały system ochrony prawa własności intelektualnej, wypełniając tym samym obowiązki wynikające z ich przystąpienia do WTO oraz tzw. umowy międzynarodowej TRIPS”). Nic bardziej mylnego – przełomowym momentem dla chińskiego IP było przystąpienie do Światowej Organizacji Własności Przemysłowej (WIPO) w 1980.

Co polski przedsiębiorca powinien wiedzieć o chińskim prawie autorskim, zdaniem twórców Go China? Niewiele…

“Chińskie prawo autorskie weszło w życie w październiku 2001 r. Prawa wynikające z prawa autorskiego, w przeciwieństwie do prawa patentowego oraz prawa znaków towarowych, nie wymagają rejestracji dla ich ochrony. Jednakże uprawnieni mogą zarejestrować je w Chińskiej Krajowej Administracji Prawa Autorskiego dla celów dowodowych. W Chinach programy komputerowe są chronione na podstawie prawa autorskiego.”

Zaczyna się mocno, bo od błędu rzeczowego: chińskie prawo autorskie weszło w życie w 1990, a w związku z przystąpieniem ChRL do WTO zostało znowelizowane w 2001. Pozostałe trzy zdania poruszają marginalne z punktu widzenia przedsiębiorcy kwestie – niespójności z konwencją berneńską (w praktyce nieszkodliwą) oraz ogólnikową informację o ochronie programów komputerowych (byłaby ona przydatna dla amerykańskiego, a nie polskiego czytelnika, bo w USA podstawowym instrumentem ochrony oprogramowania jest prawo patentowe, a nie autorskie – jak w Polsce i Chinach).
Dla przykładu jak powinno wyglądać opracowanie na ten temat (tutaj link – praktyczne, przeznaczone dla przedsiębiorców) – warto zajrzeć na strony programu Komisji Europejskiej adresowanego do europejskich przedsiębiorców. Okazuje się, że można o chińskim prawie autorskim napisać po polsku, przystępnym językiem, bez błędów merytorycznych. 
 
Po przejrzeniu strony internetowej programu Go China trudno o jakikolwiek poważny komentarz. Jest tak nieprofesjonalna, że całe przedsięwzięcie robi wrażenie sekretnej misji libertarian w   Ministerstwie Gospodarki. Rządowa agencja, którą chciał zlikwidować Rick Perry (jako dodatek do amerykańskich ministerstw handlu i edukacji), a której nazwy zapomniał – pewnie dlatego, że po polsku – to ewidentnie któraś z instytucji patronujących Go China.

Panie i Panowie, posłuchajmy raz jeszcze Ricka Perrego (któremu Ron Paul pomaga w dodawaniu na palcach):

Posted in any | Tagged , , , , | Comments Off on Rządowa strategia Go China

Czytając azjatycką prasę

Jedną z moich drobnych przyjemności, której oddaję się tylko podczas pobytu w Azji jest wnikliwe czytanie lokalnej prasy. Anglojęzycznej ma się rozumieć, jak South China Morning Post (HK), The Strait Times i The New Straits Times (singapurskie i malezyjskie), The Jakarta Post i Bangkok Post (nazwy mówią za siebie). Chińskich gazet (China Daily i Global Times) nie zaliczam do kategorii “dziwne lektury w podróży”  bo staram się je czytać regularnie także w Polsce.

I cóż tam piszą? Czytelniczka z Jakarty skarży się w liście do redakcji Jakarta Post, że w parkach jest za mało publicznych toalet, a do tego większość nieczynna. W malezyjskim the New Straits Times reportaż o pierwszym dniu szkoły na wsi: dzieci skarżą sie na zimne poranki w drodze do szkoły, rusza akcja “śniadanie przed pierwszym dzwonkiem” – minister edukacji doszedł do wniosku, że lekcje zaczynają się za wcześnie, dzieci nie mają czasu na śniadanie, są senne i potem osiągają niższe wyniki w nauce). Do tego kronika kryminalna z prowincjonalnych miasteczek – włamania, pobicia, gangi motocyklowe (na skuterach?). W Bangkok Post (dziennik założony w 1946 przez agenta amerykańskiej Office of Strategic Services, poprzedniczki CIA) spory arykuł o najlepszych kostiumach na sylwestra – króluje Mikołaj, śnieżynki i renifery (kto normalny chciałby być reniferem w Bangkoku?).

Sam nie wiem kiedy nabrałem zwyczaju czytania od deski do deski lokalnej prasy z drugiego końca świata. Istne “staniało, zdrożało, bułki nie chcą stanieć“. O ile w Polsce czytam coraz mniej (“szli krzycząc Polska” i “szklane domy” odmieniane w prasie codziennej na wszystkie sposoby po latach stały się nużące), to w takiej Tajlandii czytam nawet nekrologi (choć nikogo tam nie znam). W ostatnie święta zachwyciłem sie takim mniej więcej: “Rodzina Królewska zaprasza na państwowy pogrzeb Pana XY, kawalera Orderu Słonia Białego (klasy komandorskiej). Uroczystą kremację poprzedzi czuwanie i śpiew w Ogrodach Królewskich Pałacu w BB”. W pierwszej chwili skojarzenie białego słonia i państwowego odznaczenia wydało mi się cokolwiek dziwne, ale skoro my możemy mieć Orła Białego zupełnie na poważnie, to dlaczego odmawiać tej samej powagi Słoniowi Białemu?

Do tego dochodzi lokalna polityka – na Filipinach kolejny kryzys konstytucyjny (prezydent v. sąd najwyższy), a w Tajlandii opozyja próbuje impeachmentu pani premier (tak, tej ładnej), która dość rozsądnie się broni, że nie miała kompetencji (jako przedstawiciel władzy wykonawczej) żeby oceniać zasadność decyzji sądu najwyższego, który zezwolił byłemu premierowi (podejrzanemu w aferze korupcyjnej) na podróże zagraniczne.

Poza lokalną polityką, kroniką kryminalną i nekrologami bardzo lubię w azjatyckiej prasie dział “ze świata”. Co na przykład w takim Bangkok Post piszą o Europie? Zwykle niewiele, znacznie mniej niż w prasie amerykańskiej. Filtr (azjatyckiego) dziennikarza piszącego dla azjatyckiego, ale anglojęzycznego czytelnika jest ciekawy i nieprzewidywalny (przynajmniej dla mnie): co ważnego dzieje się ich zdaniem w Europie? Niewiele – w grudniu ważne okazały się trzy tematy: niewypłacalność Grecji, manifestacje w Moskwie i … zapowiedź chińskich linii lotniczych, że nie będą płacić za emisje CO2 przy połączeniach z europejskimi lotniskami.

Posted in any | Tagged , , , | 3 Comments

Race to the bottom & carbon leakage: czy polski przemysł przeniesie się na Ukrainę?

Carbon leakage to zjawisko polegające na tym, że wskutek surowej polityki klimatycznej (ograniczania emisji CO2) w jednym kraju wzrasta emisja CO2 w innym kraju.

Weźmy przykład produktu X produkowanego w kraju A i kraju B. Ceny X na obu krajowych rynkach są porównywalne, co wynika z podobnych kosztów produkcji, równowani popytu i podaży na lokalnych rynkach oraz ich otwarcia na import. Transport między obu krajami jest łatwy i nie ma żadnych barier celnych (ceł antydumpingowych) ograniczających dostępność jednego rynku dla producentów z drugiego.

Kraj A wprowadza podatek “klimatyczny”, którego zadaniem jest zachęcanie producentów przemysłowych do ograniczania emisji CO2, przez stosowanie “czystszych” technologii. Kraj B nie wprowadza opodatkowania emisji CO2. Produkcja X wiąże się ze znaczącą emisją CO2 i można się spodziewać, że wkrótce po wprowadzeniu podatku klimatycznego, ceny X w kraju A wzrosną. Tym samym opłacalny stanie się import X z kraju B, a zatem zwiększy się w tym kraju jego produkcja (skoro będzie on nie tylko sprzedawany na rynku wewnętrznym, ale również eksportowany). Producenci X w kraju A nie będą w stanie sprostać konkurencji i będą ograniczać produkcję, w miarę  spadku popytu na ich produkt X i wzrostu importu z kraju B (tańszego). Niektórzy spośród producentów z kraju A dostrzegą w nowej sytuacji okazję i ograniczając produkcję w kraju A, przeniosą się do kraju B.

Tym samym emisja CO2 “wycieknie” z kraju A do kraju B, w ślad za mniej wymagającym otoczeniem regulacyjnym. Zjawisko  podążania produkcji za niższymi kosztami, czy są to koszty pracy, czy niższy standar wymogów ochrony środowiska lub niższe podatki nie jest niczym nowym. W przypadku gdy decydującym czynnikiem są koszty związane z przestrzeganiem prawa mówi się o regulacyjnym “race to the bottom”.

Niektóre branże związane z wysokoemisyjnymi technologiami są mało podatne na carbon leakage. Będą to przede wszystkim producenci energii, w których przypadku istotny jest dostęp do sieci przesyłowej i bliskość odbiorcy, a także bliskość zasobów paliwa. Wysokie są również koszty budowy zakładów produkujących energię. Znacznie praktyczniejsze niż przesył energii do dotychczasowych odbiorców jest import towarów wyprodukowanych z dala od miejsca ich sprzedaży konsumentowi.

W jakich branżach wystąpi carbon leakage w Polsce? Tam gdzie przewidywane są znaczące ograniczenia w emisji CO2 (dość skomplikowany mechanizm polegający na przyznawaniu producentom darmowych uprawnień do emisji, zmniejszających się z roku na rok i niewystarczających do utrzymania dotychczasowego poziomu emisji – emitent musi kupować dodatkowe uprawnienia do emisji na rynku, konkurując z innymi chętnymi, ograniczyć produkcję albo zastosować czystszą technologię), a jednocześnie produkt wprowadzany na rynek w Polsce można łatwo wyprodukować poza UE.  Wygląda na to, że będą to producenci cementu, cegieł i ceramiki budowlanej, cukrownie i papiernie, a być może również huty szkła. Zarówno w krotko- (lata 2013 i następne) jak i średnioterminowej perspektywie (lata 2020 – 2030) będą znacząco i stale wzrastały koszty produkcji w Polsce, w związku z realizowaniem polityki klimatycznej UE.

W czym problem? Otóż bezpłatne przydziały uprawnień do emisji CO2 będą ustalane w oparciu modelowe wskaźniki emisyjności (tzw. benchmarki) ustalone przez Komisję Europejską w sposób radykalnie niekorzystny dla polskiego przemysłu. Dla ich określenia przyjęto jako paliwo referencyjne gaz ziemny (paliwo o niższej emisyjności CO2) oraz parametry osiągane przez 10% najbardziej efektywnych instalacji w Europie.

Niebezpieczeństwa związane z zaostrzeniem unijnej polityki klimatycznej są od dłuższego czasu przedmiotem zainteresowania polskiego przemysłu:

„Według doniesień z Brukseli benchmarki dla przemysłów z wysoką emisją CO2 mają być liczone dla instalacji używających jako paliwa gazu ziemnego, którego stosowanie jest nieopłacalne ze względu na ceny gazu.Wartość benchmarku ustalona na poziomie 766 kg CO2 na tonę klinkieru już jest bardzo restrykcyjna. Obliczono ją z 10% najlepszych instalacji w Europie. Możliwa jest do osiągnięcia jedynie w instalacjach do wypału klinkieru o małej wydajności min. przez spalanie w piecach obrotowych znacznej części jako paliwa biomasy (nie wliczanej do limitów emisji CO2 jako paliwa z odtwarzalnych źródeł energii). Biomasa w niezbędnej ilości jest niedostępna dla dużych instalacji do wypału klinkieru. Większość instalacji w Europie nawet przy zastosowaniu najlepszych dostępnych rozwiązań technicznych, nie jest w stanie osiągnąć takich emisyjności w rzeczywistych warunkach funkcjonowania (dla polskiego – nowoczesnego przemysłu cementowego wskaźnik ten w roku 2009 wyniósł 823 kg CO2 na tonę klinkieru).” Uchwała Kongresu Budownictwa i Przemysłu Drzewnego NSZZ „Solidarność”

Komisja Europejska zamierza przeciwdziałać przenoszeniu produkcji poza UE przez system pomocy publicznej dla przedsiębiorstw z branży, w których będzie występowało zagrożenie carbon leakage. Komisja najpierw wywołuje zjawisko niekorzystne dla wspólnotowej gospodarki – ucieczka przemysłu zagranicę, a następnie zachęca przemysł do pozostania w UE zaprwniając im pomoc publiczną. Czy nie prościej byłoby wprowadzić mniej restrykcyjne normy emisji dla branży zagrożonych carbon leakage?

 

Zapewne Komisja będzie starała sie wprowadzić bariery w imporcie produktów obciążonych carbon leakage. Pytanie jak to zrobić? Regulacje WTO dotyczące barier importowych znacząco ograniczają swobodę UE w zakresie wprowadzania barier importowych. Dopuszczalne są cła antydumpingowe (dumpingu nie będzie – w uproszczeniu ceny ukraińskiego cementu importowanego do Polski nie będą niższe niż sprzedawanego na rynku ukraińskim), cła antysubsydiowe (subsydiowania produkcji przez władze ukraińskie nie będzie), oraz środki ochrony przed nadmiernym importem (tzw. safeguards – tu teoretycznie UE ma największe możliwości, jeśli uda się wykazać szkody po stronie przemysłu wspólnotowego).  Dopuszczalność wprowadzenia innych barier – w rodzaju “podatku węglowego” od importowanych produktów jest wątpliwa na gruncie regulacji WTO.

Najbliższe 2 – 3 lata przyniosą odpowiedź na pytanie czy polski przemysł przeniesie się na Ukrainę (czy innych, bliskich geograficznie sąsiadów UE).

Posted in any | Tagged , , | 1 Comment