The First Fifteen Lives…

I’ve been reading “The First Fifteen Lives of Harry August” since last night, and am half-way through, and it’s brilliant. I mean brilliant in a feverish way. It’s like le Carre’s Alec Leamas, heartbroken but rich, on a night train through East Germany in 1963 with de Botton’s “The Art of Travelling” on his lap, and Kosteczek from Morphine reading a newspaper, dressed up and slightly stoned. I mean brilliant. And it’s written by a young chick, who writes under three different names, I guess she likes to keep all her books shelved by genres.

Posted in any | Leave a comment

Late night reading

Stumbled upon a few lines late last night and couldn’t help reading these again and saving for later, so maybe for sharing, maybe just to keep, as a reminder or so. Why? Not because the piece made me see the scene – these girls and their emerald-green drink, and the awful black tea, and little crystals of white sugar everywhere around the teacup. Well, of course, I saw it all and much more, but that’s not the point. Books make us see scenes all the time.

It also took me somewhere else – to a couple of casual, forgotten and maybe not entirely significant moments back in time. Now, all of a sudden I was there: sitting outside a bakery at Rue de Buci, right on the corner with Rue de Siene; that’s just a stop for a snack and a coffee along one of my favorite walks in Paris. I walked across the river, and the streets were so calm and almost empty, as if the neighborhood was not up yet in the middle of the day, and I kept walking straight, turned right and here I am at a busy corner and don’t want to leave too soon, so I stay for a tart and a coffee.

At the same time, I thought of another place from the past – an open-air cafe in Lijiang old town (a remote place in Yunnan province in China),where back in mid-nineties local coffee was served, some good fifteen years before Starbucks and coffee really got into China. So in Yunnan, coffee was there for a few decades already, probably came from the French in the nearby Indochina, as they introduced it along with decent bakeries and cheese, but these didn’t make their way to China. It wasn’t anything special back then, while I had it on a sunny February afternoon, but it was fun to have a proper espresso made from the local beans in the middle of the green tea land.

In Paris I sit outside with my daughter, we’re both wearing leathers, mine is black and hers is pink and our tarts are awesome and we like the napkins and enjoy watching the street.

In Lijiang I sit there as a young guy, the air is February crisp but I have my face in the sun, and there are my two classmates there, and they like the sun as well (we came from another place in China, a grey-sky-winter place), and I finish up my coffee and look into the cup just to think how good it was and see a little line of coffee crumbs on the inside of the cup.

Sitting outside, the chill of the air and the warmth of the sun make me feel content, excited even, and I think about what great things life may bring. But in Paris, though it’s a nice moment, there is no hope for excitement as my life is already half-way done.
***
So here is the piece I just read (by one Natalie Goldberg):

“I look up from my notebook. There are two women across from me. They are both drinking a deep green liqueur. No, not deep green, it is emerald green with ice. They are young, in their late twenties. The one with blond hair is wearing big circle earrings and has a dark fur coat flung over her seat. I look at their small table. There is a round silver tray with a white cup and saucer, two cubes of sugar, a white teapot with Ceylon tea brewing in it, and a small white pitcher with hot water to dilute the tea. I look at the space between the small pitcher and the teapot and my mind remembers a large boulevard in Norfolk, Nebraska. It is summer there and a man in his twenties lives in an upstairs apartment. I broke his heart. I did not mean to. It was years ago. His loving was sweet and tender and simple. I didn’t believe in love then. My marriage had just broken up. I remember Kevin sitting at his kitchen table, his glasses off, wearing a yellow nylon shirt. I had a dream then that I was looking for lemon lozenges in the aisle of a drugstore. In the next aisle was Kevin and in the aisle past that was Paris. I knew about Paris and I woke up happy.”

Posted in any | Leave a comment

Post-endism: iluzja wyboru

Wybory to iluzja – przyzwyczajenie utrzymywane niby dla pokrzepienia serc, dla zachowania pozorów, ale całkiem niepotrzebne i prowadzące do fasadowej harmonii społecznej.

Umówiliśmy się, niespecjalnie nad tym zastanawiając i nie za bardzo pamiętamy, kto z kim się tak umówił, że liberalna demokracja to najlepsze co można mieć, że wybieramy swoich przedstawicieli spośród siebie samych i owi przedstawiciele będą wiedzieć w jakiej rzeczywistości społecznej i prawnej najlepiej nam żyć. I będą to wiedzieć lepiej od nas.

I jakoś nie bardzo to święto demokracji wychodzi w praktyce. I każde ze szlachetnych założeń okazyje się mityczne. Po pierwsze – wybrani przedstawiciele są w najlepszym wypadku tak samo clueless jak my, co do tego w jakiej rzeczywisctości będzie najlepiej i jak taką najlepszość osiągnąć. Może nawet bardziej niepewni są od nas, bo paraliżuje ich obawa przed niewiedzeniem skoro wiedzieć powinni. Więc plotą swoje trzy po trzy zamiast się zastanowić.

Po drugie – wybieramy pierwszych lepszych, przy pozorach zastanowienia i pozorach wyboru, albo sfrustrowani nadmiarem i niedosytem jednocześnie (bo czym różni się wybór między 20 rodzajami niepasujących jeansów w Galerii Mokotów od wybierania między kilkunastoma niepodobnymi do niczego kandydatami na prezydenta? – zob. Barry Schwartz, Paradox of Choiceksiążka i wykład TED) nie wybieramy nikogo, bo wybieranie nas męczy, zniechęca i paraliżuje. Samym nam się nie chce kandydować, rozmyślać o ekonomii, prawie i inżynierii społecznej, bo jesteśmy zbyt głupi i zbyt leniwi, więc co się dziwić, że nasi przedstawiciele też są zbyt głupi i zbyt leniwi, a jeszcze niczego od nich nie wymagamy, bo też nam się nie chce zastanawiać czego by tu wymagać, więc radykalna mniejszość idzie krzycząc “Polska!” albo “złodzieje!“, mniej radykalna mniejszość głosuje, a milcząca większośc milczy.

Po trzecie mechanizm kandydowania i wybierania na wstępie promuje ekstrawertyków, oględnie mówiąc nie najmądrzejszych, ale mówiących dużo i najlepiej o niczym, mniej lub bardziej uwodzicielskich głuptasów, którzy nie mieli nigdy cierpliwości nauczyć się czytać książek (a co dopiero ich pisać) , ani nad niczym się zastanowić. Znamy to zjawisko ze szkoły, nieprawdaż? Kto zostawał zawsze przewodniczącym szkoły: dziewczynkowaty nerd z piegami, w okularach i piątkami ze wszystkiego? Wątpię. Zatem proces wyborczy nie daje grupy faktycznie reprezentującej wyborców, ale też nie rekompensuje tego zafałszowania idei przedstawicielstwa wyłonieniem grupy posiadającej cechy szczególnie predestynujące do zarządzania krajem (egzekutywa) i kształtowania rzeczywistości społecznej (legistalywa).

Po czwarte wybory są dość drogie. Samo drukowanie kart do głosowania i liczenie głosów może nie – to kilkadziesiąt, może stokilkadziesiąt milionów złotych, ale przecież mówimy też o kosztach pośrednich – wydatkach na cykliczne kampanie wyborcze, wydatkach na utrzymywanie partii politycznych, ale też o czasie poświęcanym przez media na codzienne pojedynki intelektualne dziennikarze i politycy przeciwko całej reszcie (Staniało, zdrożało panie pośle? – Ależ, gdzie tam pani redaktor, bułki nie chcą stanieć. – Jak nie chcą, chcą, ale nie mogą stanieć!) – to są setki milionów godzin rocznie, które rodzice klasy średniej i niższej mogliby przeznaczyć na rozmowę z dziećmi (choćby i powierzchowną) o demokracji ateńskiej i religii w Kartaginie i patentach farmaceutycznych. No ale nie przeznaczą, bo nie mogą, bo przecież Fakty. Koszty społeczne demokracji są olbrzymie.

Po piąte wybory służą innemu niż deklarowanemu celowi – nie zapewnieniu legitymacji władzy ustawodawczej i wykonawczej (legitymizowaniem władzy sądowniczej nikt się już na szczęście nie kłopocze) – ale zaspokojeniu niskiej potrzeby medialnych igrzysk (Czy nasi wygrają?), pozbawionym znaczenia jak EURO2012 i budowaniu fasady demokracji, udawanego porządku i sensu. Wybory to iluzja prawa – podobnie jak iluzją, zasłoną dymną jest porządek prawny (regulacje) w innych dziedzinach – polecam fenomenalny artykuł profesora Jona Hansona (po latach uważam go za jedną z osób, które wywarły największy wpływ na moje myślenie o prawie) – The Illusion of Law: The Legitimating Schemas of Modern Policy and Corporate Law.

Osiągnąć wszystkie te deklarowane i faktyczne cele można prościej, taniej i efektywniej – losując prezydenta, losując członków parlamentu i samorządów lokalnych, dbając raczej o reprezentatywność kandydatów do władzy ustawodawczej i jakość/kompetencje kandydatów do władzy wykonawczej. Jest o tym już trochę researchu – A.Pluchino, C.Garofalo, A.Rapisarda, S.Spagano, M.Caserta, Accidental Politicians: How Randomly Selected Legislators can Improve Parliament Efficiency, Physica A 390 (2011) 3944-3954 i link do darmowej wersji] – choć do Faktów (i Faktów po Faktach) jakoś ciężko mu dotrzeć.

***

A teraz to samo, tylko bardziej sentymentalnie:

Mamy po kilkanaście lat, wiaderka z klejem i rulony plakatów. Oklejamy Kraków zdjęciem Wałęsy i Johna Wayne’a. Już niedługi ukaże się drukiem słynny esej Fukuyamy. W każdym razie czujemy, że dzieje się coś niezwykłego – upada komunizm, choć jeszcze nikt nam nie objaśnił, że oto kończy się historia.

W wyborach bierze udział 62,7% uprawnionych do głosowania. Kandydaci spoza koalicji rządowej zdobywają wszystkie z przyznanych im mandatów. O wyborach i końcu historii z łaskawą życzliwością pisze NY Times.

Na kolejne ważne wybory trzeba poczekać do 2003 – w referendum akcesyjnym (dwudniowym, żeby pomóc frekwencji) bierze udział 58,85% uprawnionych, z których 77,45% głozuje za przystąpieniem do UE. Oznacza to, że za przystąpieniem Polski do UE opowiedziało się zaledwie 45,58% uprawnionych do głosowania.

New York Times, 22 października 1989: “Global warming, nuclear proliferation, chaos in Eastern Europe. Even the notion of post is over. Post-modernism, post-history, post-culture (…) – we’re beyond that now. (…) What follows post? Samuel P. Huntington, Eaton Professor of the Science of Government at Harvard, has a name for the latest eschatological craze: “endism.” (…) What was Fukuyama saying? That the end of history is good news. What is happening in the world, claimed his eloquent essay, is nothing less than ”the triumph of the West.” How else to explain the free elections in Poland and Hungary? The reform movement in China? The East German exodus? In Fukuyama’s interpretation, borrowed (and heavily adapted) from the German philosopher G.W.F. Hegel, history is a protracted struggle to realize the idea of freedom latent in human consciousness. In the 20th century, the forces of totalitarianism have been decisively conquered by the United States and its allies, which represent the final embodiment of this idea – ”that is, the end point of mankind’s ideological evolution and the universalization of Western liberal democracy.” In other words, we win.” (http://www.nytimes.com/1989/10/22/magazine/what-is-fukuyama-saying-and-to-whom-is-he-saying-it.html)

New York Times, 4 czerwca 1989: “Understandably, the campaign has provoked varying official reactions throughout the Eastern bloc, deepening the ideological divide between countries fired more or less by the momentum for change coming from the Soviet Union. In Hungary, where moves toward change are apace of those in Poland, attention in the official press and television has been rapt. (…) In East Germany and Czechoslovakia, where resistance to change is strong, reports on Poland were limited and hostile.” (http://www.nytimes.com/1989/06/04/world/poland-flirts-with-pluralism-today.html?pagewanted=2)

***

Wybory prezydenckie w 2010, z wysoką jak na polskie realia frekwencją 55,31% w drugiej turze (wywołną wzmożeniem barskich i targowiczan) wygrywa Bronisław Komorowski zdobywając 53,01% głosów. To oznacza, że na obecnego prezydenta głosowało 29,31% uprawnionych.

Z wyborów tych warto zapamiętać polemikę o tym co ważne, jaka wywiązała się między kandydatami: Andrzej Olechowski powiada – “Wybierz swój dobrobyt“, na z wyższością Marek Jurek – “Najważniejsza jest wiarygodność“, którego z kolei strofuje Jarosław Kaczyński: “Polska jest najważniejsza“; dyskusję kończy jak zwykle koncyliacyjnie Bronisław Komorowski – “Zgoda buduje“. Dobrobyt, Polska, wiarygodność i zgoda – to właśnie zwykle jest do wyboru.

Wybory parlamentarne w 2011, z frekwencją 48,92% wygrywa z wynikiem 39,18% głosów PO (zaledwie 18,30% uprawnionych do głosowania), która tworzy gabinet wraz z PSL (odpowiednio 8,36% oddanych głosów i 3,90% uprawnionych do głosowania). Oznacza to, że koalicja rządowa (hmm… większościowa) reprezentuje głosy zaledwie 22,2% wyborców.

Co ma do powiedzenia o Polsce po 2010/2011 roku New York Times? Drukuje słabowity esej Sierakowskiego, z jednym dobrym akapitem: “Catholic censorship, unlike Communist censorship, is characterized by the fact that Catholics themselves do not know what exactly they are censoring. None of the protesters had seen Mr. García’s play. Not that it mattered to them. Communists once boasted that they knew the future, and in this sense, Catholics are similar: A work of art must be banned before it corrupts our souls.” (Poland’s Culture War Rages On).

Posted in any | 1 Comment

#prawoboskie #prawoludzkie #Rzepliński #konstytucja #TK

Profesor Andrzej Rzepliński, prezes polskiego TK został odznaczony zagranicznym orderem (?) Pro Ecclesia et Pontifice, co w krajowej prasie wywołało zainteresowanie – mniej i bardziej życzliwe dla odznaczonego i pomysłu nadawania kościelnych odznaczeń członkom sądu konstytucyjnego w ogóle. Nieliczni krytykują Rzeplińskiego (Osiatyński: Niestosowność, chciałoby się powiedzieć, nieprzyzwoitość, bo ja wiem, fundamentalna, ale nieprzyzwoite byłoby nieprzyzwoitość wprost nazywać nieprzyzwoitością, więc niefortunność może; Sroda: O naprawie Rzeczpospolitej utraconej nadziei), większość milczy albo frasuje się (Ostrowski w Polityce: Olaboga, jak niestosownie!), niektórzy chwalą (Niesiołowski w telewizji: Zaszczyt), albo relacjonują rzeczowo (Gość Niedzielny). Największą wesołość budzi chyba sam odznaczony, który rezolutnie dzieli się radością (z odznaczenia, ale i opuszczonych klasówek z historii): “Jestem szczęśliwy, bo jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem. To Kościołowi zawdzięczamy w dużej mierze to, że po latach zaborów i totalitaryzmów możemy mówić i myśleć po Polsku – mówił profesor Andrzej Rzepliński, odbierając Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice.” i równie rezolutnie broni się przed zarzutem stronniczości (coś tam o źrenicy konstytucji i mordowaniu zwierząt).

Najlepszym komentarzem do sporu światopoglądowego i konstytucyjnego, który wywołał prof. Rzepliński jest znakomity esej polskiego teologa i filozofa, ks. prof. Jerzego Bajdy, na który trafiłem onegdaj.

Panie i Panowie, pod rozwagę:

***

Chrześcijańskie korzenie europejskiego prawa

Wszelkie prawo pochodzi od Boga, w tym prawa człowieka, które Bóg dał nam zawierając przymierze z Żydami podczas ich wyjścia z ziemi niewoli. Pierwszym aktem prawnym regulującym prawa człowieka jest Dekalog. Uzupełnieniem Dekalogu w Nowym Testamencie jest zasada równości i sprawiedliwości społecznej („nowe przykazanie daję wam abyście się wzajemnie miłowali“), wraz z uszczegółowieniem o zakaz czystek etnicznych („nie ma Greka ni Żyda“), prawa pracownicze („a zatem pozostaje odpoczynek szabatu dla ludu Bożego“).

Pan Bóg dał człowiekowi zbiór uniwersalnych praw – Dekalog jest pierwszą, najważniejszą i jedyną doniosłą Deklaracją Praw Człowieka. W zasadzie nie deklaracją, ale konstytucją, bo nabycie praw przez człowieka nastąpiło w chwili gdy Mojżesz otrzymał kamienne tablice. Przekazanie Mojżeszowi tablic było aktem konstytutywnym, a nie deklaratywnym – zatem Dekalog jest Najwyższą Konstytucją Praw Człowieka. Wszelkie ludzkie dokumenty, jak międzynarodowe konwencje, karty praw, czy narodowe konstytucje – są jedynie odzwierciedleniem zamysłu bożego nadania praw człowiekowi oraz deklaracjami przestrzegania przez człowieka prawa bożego.

Ludzkość przyjęła nadane prawa z boskiego nadania, lecz przedstawia je oszukańczo jako dorobek humanizmu, oświecenia i krwawego terroru w dobie rewolucji francuskiej. Choć błędy poznawcze łatwo sprostować wskazując na Dekalog, a także Stary i Nowy Testament, to przekłamanie to prowadzi do fałszywego rozumienia praw człowieka.

Wielkim nadużyciem (tu nikt z nas nie jest bez winy – Stwórcy żałowano nawet drobnej invocatio Dei) jest konsekwentne pomijanie w dokumentach prawniczych, zarówno krajowych (jak Konstytucja, ustawy i rozporządzenia), jak i konsekwentnie we wszystkich międzynarodowych konwencjach, oraz w orzecznictwie sądów polskich (w tym Trybunału Konstytucyjnego RP), sądach międzynarodowych i europejskich (jak Europejski Trybunał Praw Człowieka i Europejski Trybunał Sprawiedliwości) – praw Boga. A przecież Dekalog nim nadaje prawa człowieka, deklaruje również mocą Bożego słowa prawa Boga.

Człowiek stawia siebie przed Bogiem, zaprzeczając systematyce aktu prawnego jakim jest Dekalog. Wywyższając siebie ponad inne stworzenie, człowiek zapomina, że prawa ludzkie nadane przez Boga są prawami mniejszej wagi niż prawa Boga. Niszcząc hierarchię prawa, człowiek odwraca się od Boga i narusza przymierze, dzięki któremu może cieszyć się własnymi prawami.

W preambule Dekalogu Bóg powiedział Mojżeszowi i ludzkości „Jam jest Pan Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli” ustanawiając tym samym pierwszą w dziejach ludzkości swobodę podróżowania w sprawach prywatnych, w interesach oraz celem podjęcia pracy, zastrzegając jednak dla siebie prawo kontroli ruchu podróżnych.

W pierwszym i trzecim przykazaniu Pan Bóg ustanawia boskie prawo do czci przez Stworzenie wyłącznie przysługujące Bogu. Pierwsze przykazanie ustanawia wolność sumienia człowieka, gdyż pozwala człowiekowi czcić innych, cudzych bogów, ale w drugiej kolejności. Pan Bóg ustanawia tym samym zasadę proporcjonalności – przejęte przez wszystkie demokratyczne systemy prawne, w tym prawo europejskie – chroni prawa boże nie naruszając praw ludzkich w większym niż to konieczne zakresie. Kładzie również podwaliny prawa autorskiego, patentowego i znaków towarowych, zastrzegając wyłączne korzystanie ze swojego wizerunku i zakazując sporządzania kopii Stworzenia („Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach poniżej ziemi“).

W drugim przykazaniu Pan Bóg ustanawia boskie prawo do godności, swojej autonomii i prywatności. Pojawia się w bożym planie ponownie zasada proporcjonalności, której próżno szukać w amerykańskiej czy francuskiej deklaracjach praw człowieka (zakazuje wzywania „nadaremno”) oraz – co równie ważne – dyrektywa interpretacyjna służąca niesprzeczności systemu prawnemu (uzasadnione wzywanie imienia bożego konieczne jest dla realizacji bożego prawa do bycia otoczonym kultem).

Należy postulować włączenie Praw Boga do wszystkich międzynarodowych oraz krajowych aktów prawnych (przynajmniej tych rangi konstytucyjnej) – podobnie jak włączono prawa człowieka. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której Dekalog implementowany jest do międzynarodowego i krajowego porządku prawnego tylko w części i to akurat w części wygodnej tzw. liberalnej lewicy.

Donośny niech będzie Głos Wielkich Pasterzy i Doktorów Kościoła: „Od grobu św. Wojciecha pytam więc, czy wolno nam odrzucić prawo chrześcijańskiego życia (…) W imię poszanowania praw człowieka, w imię wolności, równości, braterstwa, w imię międzyludzkiej solidarności i miłości, wołam: nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” (słowa Ojca Świętego w Gnieźnie 1997 r.)

ks. prof. Jerzy Bajda, “Prawo boskie u zarania praw” w zbiorze “Europa Christiana“, Lomianki, 1999

Posted in any | 2 Comments

Verdi, Balkin i Warren

Robiąc z nudy i desperacji research o Puccinim (dlaczego zakończenie – literackie – Turandot jest tak beznadziejne, nieprzystające do świetnej historii?) trafiłem na artykuł (link za chwilę) i niezwykłą postać profesora prawa konstytucyjnego z Yale. Zaczyna on artykuł o Warrenie i piątej poprawce w taki sposób:

In December of 2000, Riccardo Muti, one of the most distinguished Verdi interpreters of his generation, opened the new opera season at Milan’s La Scala Opera House with a performance of Verdi’s Il Trovatore. The opening night at La Scala is not only the most eagerly awaited musical event in Italy; it is also one of the country’s most important social occasions. The usual attendees include politicians, aristocrats, movie stars, and upwardly mobile businesspeople, as well as the loggionisti, the diehard opera fans who wait in line for hours for standing-room tickets at La Scala, and who “are known for shouting out their candid appraisals of the singers from the upper galleries.” Muti’s performance was important for another reason: it began a yearlong celebration of the one hundredth anniversary of Verdi’s death, featuring many performances of the beloved composer’s operas. Muti’s Il Trovatore featured the thirty-two-year-old tenor Salvatore Licitra, whom some critics had dubbed “the new Pavarotti.” (Licitra, blessed with the most golden and powerful voice, was, sadly, to die eleven years later from injuries sustained in a motor-scooter accident.)

***

Kontynuuje potem  brawurowo mieszcząc się gdzieś między szaleństwem, banałem i geniuszem.

Posted in any | Leave a comment

Liczni, dostępni i tani

Nie mam czasu napisać porządnej notki, a w zasadzie skończyć, bo kilka mam w notatniku. Zatem tylko coś szybkiego, twittowego niemal:

Dzisiejszy frontpage na Polskim Prawniku nastroił mnie dość sentymentalnie – 11 lat temu zaczęło się od artykułuniewinnej dyskusji w Tygodniku Powszechnym.

Teraz – co wówczas było niewyobrażalne dla samych zainteresowanych – rocznie przybywa więcej prawników z tytułami zawodowymi, niż wtedy było na rynku adwokatów.

Jak tu się nie cieszyć z takiego newsa?

Posted in any | Leave a comment

Rankingi firm prawniczych

Pod koniec ubiegłego tygodnia ukazał się ranking kancelarii prawniczych Rzeczpospolitej. Przegapiłem to wydarzenie zamknięty przez część tygodnia w dusznej sali konferencyjnej, w biznesowej dzielnicy niezbyt ładnego zachodnioeuropejskiego miasta. Nie kupiłem więc Rzeczpospolitej, choć co roku z przyjemnością przeglądam papierowe wydanie rankingu.

Kryterium oceny firm w głównej części dorocznego rankingu Rzeczpospolitej jest liczba prawników pracujących w tych firmach. Im więcej prawników, tym lepiej. Do tego pojawiają się są mini-rankingi branżowe, z których można się dowiedzieć która kancelaria jest liderem w IP, która w litygacji, a która w M&A – gdzie ocena wynika ze wskazań innych uczestników rankingu.

Choć ranking Rzeczpospolitej to żart z idei rankingu, nie ma on w zasadzie konkurencji. Od czasu do czasu rankingi firm prawniczych publikuje polski Forbes. Nie jestem jednak pewien regularności i metodologii. Pojawiają się prawdziwie humorystyczne inicjatywy pt. instytucja no-name rankinguje kancelarie no-name. Choć nie sądziłbym, że ktoś może sugerować się miejscem w rankingu Rzeczpospolitej, to wygląda na to, że polski biznes nie sięga do Chambersa ani Legal500, tylko do Rzeczpospolitej. Dlaczego ten ostatni jest bezwartościowy, to chyba oczywiste – z liczby prawników nie wynika absolutnie nic o jakości usług i osiągnięciach zawodowych prawników, ani o pozycji samej firmy. Prawdziwy wgląd w kondycję firm prawniczych, w to jak faktycznie radzą sobie na rynku, daje przeanalizowanie podstawowych danych finansowych. Patrzymy na przychody, liczbę zatrudnionych prawników i liczbę partnerów: dowiemy się czy firma jest dobrze zarządzana (ile z przychodów trafia do partnerów), ale przede wszystkim jak rynek wycenia jakość pracy prawników (im mniej prawników i wyższy wynik – tym lepiej to o firmie świadczy). Tych danych Rzeczpospolita jednak nie analizuje. Z ostatniego rankingu można się dowiedzieć, że w Polsce Dentons (Salans) przy 163 prawnikach generuje 130,5 mln PLN (800K/prawnik), CMS 145 prawników – 98 mln (675K/prawnik), DZP 78 prawników i 75,6 mln (970K/prawnik), SKS 114 prawników – 92,2 mln (800K/prawnik). Nie wiadomo jaka część przychodów trafia jako zysk do podziału między partnerów. Nie widomo też nic o pozostałych kancelariach. Patrząc na liczby, które Rzeczpospolita pokazała w tym roku – liderem rankingu powinien być DZP – którą klienci najbardziej cenią za jakość, bo najwyraźniej są skłonni płacić najwięcej (każdy z prawników generuje niemal milion złotych przychodu).

Rynkiem dobrze zmierzonym i opisanym jest oczywiście amerykański. Dwie najefektywniejsze i najbardziej prestiżowe firmy (choć obie stosunkowo młode – daleko im do stukilkudziesięcioletniej historii “white shoe“) to Wachtell (tradycyjnie silne M&A) i Quinn Emanuel (litygacja). Pierwsza z nich ma tylko 217 prawników (niewiele więcej niż polski Dentons) w dwóch biurach, którzy generują przychody na poziomie 550 – 600 mln USD rocznie, a jej partnerzy przeciętnie zarabiają rocznie 4,4 mln USD. Druga ma w 11 biurach 600 prawników zajmujących się wyłącznie litygacją, którzy wypracowują rocznie 700 – 800 mln USD, a partnerzy przynoszą do domu przeciętnie 3,6 mln USD. Obie firmy utrzymują powyżej 60% zyskowność. Dla porównania – największa na świecie kancelaria Baker & McKenzie zatrudnia 10.000 prawników (w 72 biurach), którzy generują wspólnie 2.3 mld USD.

W 2012 American Lawyer pokusił się o wycenę poszczególnych firm prawniczych, z perspektywy funduszu private equity, który szuka tego typu inwestycji (co oczywiście nie wchodzi w grę w większości jurysdykcji). Jak to zrobić opisuje The Economist, który mierzy prestiż amerykańskich kancelarii jako pracodawców, badając opinię prawników pracujących w konkurencyjnych firmach (jak się nawzajem postrzegają).

W jakości usług na polskim rynku (ale nie w pozycji kancelarii) pozwalają się zorientować wyłącznie rankingi zagraniczne – Chambers & Partners i Legal500. Przygotowanie takiego rankingu wymaga nieco pracy. Od recenzujących, którzy kontaktują się z klientami prawników i konkurencyjnymi firmami prawniczymi, sprawdzając referencje – to setki majli i rozmów telefonicznych. Także od recenzowanych – w kwestionariuszu nie wystarczy wpisać liczby prawników, adresu biura i specjalizacji, ale trzeba opisać czym się zajmujemy, jakie projekty zostały zrealizowane i kto może się na temat naszych usług wypowiedzieć.

W przypadku rankingu Rzeczpospolitej nakład pracy jest wprost proporcjonalny do jakości.

Posted in BigLaw, polskie rynek | 3 Comments

aktualności

Prawdopodobnie na początku czerwca będę mówił o własności intelektualnej i inwestowaniu w Azji Południowo-Wschodniej w Warszawie – na seminarium współorganizowanym przez PARP i ASEAN IPR SME Helpdesk (nie omieszkam przybliżyć polskim małym i średnim przedsiębiorcom tezy Migalskiego-Webera) oraz (na pewno) o własności intelektualnej w Chiach i Indiach na seminarium dla europejskich firm z branży biotech w Brukseli.

Tak tylko się chwalę.

Posted in aktualności | Leave a comment

Chińskie IP w Bukareszcie

Niedawno brałem udział w seminarium w Bukareszcie zorganizowanym przez tamtejszą wiodącą organizację przedsiębiorców (Rumuńska Izba Handlowa i Przemysłowa), dla menedżerów zainteresowanych chińskim rynkiem.

Mówiłem o chińskim prawie własności intelektualnej, reprezentując China IPR SME Helpdesk (edukacyjno-doradczy projekt Komisji Europejskiej skierowany do europejskiego sektora MSP). Wśród prelegentów był jeszcze Węgier (wykształcony w Chinach i szefujący węgiersko-chińskiej izbie gospodarczej) i menedżerowie rumuńskich firm inwestujących w Chinach.

Z osobna żaden z tych komponentów nie był szczególnie egzotyczny. Jednak Q&A na temat chińskiego prawa patentowego z dyrektorem technicznym firmy zapewniającej hydraulikę dla platform wiertniczych na Morzu Czarnym stanowiła inspirującą, wschodnioeuropejską namiastkę “elbow rubbing” z międzynarodowym biznesem.

Zaintrygował mnie wątek przewijający się w otwartej dyskusji, który nazwałbym kulturowo-etatystycznym. Dyrektor z dużego zakładu przemysłowego opowiada o nieszczęsnej transakcji: chiński partner oszukał, stal miała być dobra i tania, a okazała się tylko tania, więc na koniec dnia wyszło bardzo drogo, bo trzeba kupić lepszą. To jednak nie koniec kłopotów, bo ani chińska ambasada, ani rumuńskie ministerstwo nie garną się do pomocy. Więc może powiedziałbym jakie działania w takich sytuacjach podejmuje Komisja Europejska?

Pierwsza myśl – czy ja dobrze słyszę, ale chyba dobrze, bo angielski dyrektora bez zarzutu, a kilkanaście osób na sali potwierdza, że to ważne pytanie – no właśnie, co w tej sytuacji zrobi Komisja? Myśl druga, przewrotna – nazmyślać i naobiecywać w imieniu Komisji, zdyskwalifikowana zostaje zanim się na dobre pojawiła. Udaje się z pomocą rozmówców odtworzyć fakty i klauzulę arbitrażową (w przybliżeniu).

Skracając – sugestia żeby zacząć od dochodzenie roszczenia kontraktowego w arbitrażu, po uprzedniej analizie korzyści i kosztów (“don’t throw good money after bad”), a dopiero w dalszej perspektywie (jeśli nie będzie jak windykować) pomyśleć o szukaniu jakiegoś publicznoprawnego wytrycha (np. zbadanie definicji inwestycji w rumuńsko-chińskim BIT) zostaje przyjęta z rezygnacją. Arbitraż w Paryżu, drogo…

Zastanawiam się potem nad tym co usłyszałem i odnajduję w sobie więcej “wolnorynkowca” niż bym się spodziewał: pomoc publiczna (czy to krajowa, czy wspólnotowa) niech obniży przedsiębiorcom koszty transakcyjne na atrakcyjnym, ale trudno dostępnym rynku (eksport) czy w sektorze (R&D). Ale spodziewać się, że państwo przejmie ryzyka biznesowe przedsiębiorcy?

Posted in Chiny | Tagged , , | Leave a comment