Idąc przed siebie w Tiergarten

Berlin nigdy specjalnie nie garnął mi się do serca, ale z czasem coraz bardziej mnie ujmuje. A to surowym rozmachem bloków i domów towarowych przy Karl-Marx-Alee, które sprawiają wrażenie betonowej makiety (tyle, że w skali jeden do jednego) idealnego, śmiertelnie poważnego miasta z wystawy w Brazylii w 1952 z futuryzmem i triumfem pustki w tytule, gdy modna była jeszcze wiara w postęp i w lepszy świat, który wymaga budowania klasycystycznych nadludzko przestronnych miast. A to przyjemnym spacerem wzdłuż rzeki i kanałów, zaczynając od bulwarów niedaleko Ostbahnhof, gdzie stoją gdzieniegdzie fragmenty muru, a to widokiem pomników żołnierzy radzieckich wśród zieleni, których nikt nie tknął do dziś ani w Treptower ani w Tiergarten. Dobrze się tam spaceruje, przesiada w metrze i słucha komunikatów w niezrozumiałym języku. Miło się siedzi na trawie albo na murku nad kanałem z winem i z książką wśród ludzi, którzy wyglądają trochę ekscentrycznie i choć świadomość tejże własnej ekscentryczności aż zapiera im dech w piersiach, to są przecież mieszczanami i rozmawiają o swoim kulcie dla indywidualizmu z prawdziwym spokojem.

Berlin ma też łagodniejszy wdzięk, jak przy nostalgicznej Karl-Liebknecht-Straße, która prowadzi turystę przez wschodnioniemiecką estetykę do całkiem mieszczańskiej, sentymentalnej nawet Unter den Linden, a przy tej alei właśnie żywiej bije moje polskie serce, bo tam właśnie zaczyna się akcja jednej z najznakomitszych, choć zapomnianych polskich powieści sentymentalno-patriotycznych: “Między ustami a brzegiem pucharu” Marii Rodziewiczównej. Wstyd przyznać, że pisarki jeszcze niedawno zupełnie mi nieznanej. Powieść napisana jest językiem współczesnym i o sprawach narodowych, klasowych i po prostu życiowych – zupełnie dzisiejszych. Można sobie z łatwością wyobrazić całą historię jakby działo się wszystko w niej dzisiaj i jutro, a nie dawno, pomiędzy biurami przy Unter den Linden, klubami Berghain i KitKat, po sielskie wielkopolskie wsie, przyjęcia w ogrodach polskich bieda-oligarchów, tańce, zaloty, kuligi, wyższe sfery, kompanów ze studiów, kolejki po kebsa na Kreuzbergu, jabłonie po wsiach polskich, babcine ręce całowane przez wnuka. Bohaterowie są jak wyjęci z dzisiejszej prasy (i to niekoniecznie „kolorowej”, ale tej całkiem poważnej – bo czasem wielki świat Rodziewiczównej zawita i do Wyborczej), albo z seriali – każdy – całkiem jak w życiu – jest wspaniałym durniem traktowanym przez siebie i przez innych z naturalną powagą, każdy mógłby udzielać wywiadów prasie kolorowej o biznesie, sensie życia i miłości odnalezionej. Słowem każdego mógłby zagrać Tomasz Karolak, który od siebie też by miał coś do powiedzenia (szczególnie polecam wątek o teologii i zgubiony, portfelu). Byłaby to dla jednych wzruszająca, dla innych ironiczna historia o miłości odmieniającej serca i losy ludzi, rodów i narodów, miłości do kobiety i do ojczyzny wznoszącej wszystkie postaci ponad ich codzienną tożsamość. Marzy mi się żeby zobaczyć jak nakręcili to jako dyptyk – Treliński, w kampowym klimacie Traviaty sprzed paru lat, i Zanussi, ten z kolei wzniosły, z dużych liter żeby było wszystko. Murowany sukces.

Podoba mi berliński pomnik Holokaustu (tam już bym Karolaka ani Zanussiego nie prowadził). Za pierwszym razem błąkaliśmy się w nim mroźny wieczór jak w labiryncie, po ciemku – nastoletnia córka i ja. Z początku wygląda on niewinnie i zagadkowo, nie jak pomnik, ale jak schemat czy model miasta, albo osiedla, a potem gdy wchodzimy w niego, wokół nas rozrastają się wielkie, nieprzyjazne ściany, zabierają przestrzeń, zmuszają żeby wcisnąć się w wąską ścieżkę. Świat jest zamknięty, ciasny, ale bez obietnicy schronienia, ani bez nadziei, że jest w nim cokolwiek dobrego, ani nawet bez żadnej obietnicy tego dobra, harmonii i spokoju, w które lubimy wierzyć. Błąkając się zastanawialiśmy się wtedy głośno, czy w tym pomniku chodzi wyłącznie o interakcję z nim, nie sposób zrozumieć go przecież z zewnątrz, trzeba się zgubić – żebyśmy zapomnieli skąd przyszliśmy i wyobrazili sobie na chwilę, że jesteśmy w nazistowskim kraju, że błąkamy się po ciemku ulicami, nie mając nadziei na nic, chyba tylko chwytając się skrawka nadziei, że się przeżyje dzisiejszą noc, a może tylko godzinę. W tym sensie pomnik powstaje w uczestnictwie, czy w interakcji ze swoim strachem i samotnością.

Długo nie miałem przekonania do Szprewy, która ogranicza przestrzeń raczej niż ją otwiera, trochę płynie, a trochę jakby stała na drodze, a jeśli już przestrzeń którą przemierzamy sama w sobie jest otwarta, to rzeka nie jest zaproszeniem do niczego, ale raczej granicą fizyczną, historyczną, symboliczną. Trochę ją polubiłem w pewną listopadową noc, usypiając na stojąco na techno, na które wchodzi się niepozornymi drzwiami przy moście, którym niedawno biegła granica między miastami i krajami oraz Wschodem i Zachodem. Do tych drzwi ciągnie się kolejka na godzinę czekania w nocy, dalej schodzi się w dół, a tam otwarta przestrzeń i toń płynącej wolno Szprewy, którą widać na wyciągnięcie ręki przez okna na całą wysokość i szerokość ściany. Zostawałem coraz bardziej w tyle za dziarskimi ruchami berlińskiej biurowej klasy średniej. Tłum wyglądający i pachnący w miarę, niewymuszony, niemal biurowy, łagodniejszy i bardziej pogodzony z sobą niż jakikolwiek tłum w Warszawie. Szprewa patrzy na nas, ale mówi tylko do mnie, że chce mi się spać – albo tamci jej nie słyszą, bo ciągle są dziarscy a ja śpiący. Od tamtego czasu patrzę na rzekę jak na starą znajomą; na jej wolną toń, bardziej wrocławską niż warszawską, niespieszną, swojską. Podobają mi się też w ogóle berlińskie imprezy, gdzie klasa średnia jest tak absolutnie wolna od dresiarzy jakby oni w ogóle nie istnieli, choć może po prostu elektroniczna muzyka im nie sprzyja.

Za każdym razem robi wrażenie Berlin Wall Memorial: wieże strażnicze, strefa niczyja, szare betonowe płyty stojące tam gdzie stały, gdy idzie się chodnikiem wzdłuż Bernauer Straße do stacji metra Nordbanhof, która będzie po lewej stronie i wchodzi się w nią jak w głąb czasu, jakby teraźniejszość była tylko powierzchnią, a przeszłość prawdziwą osnową świata schowana przed oczami.

Najpierw stoi mur, jak stał i można na niego patrzeć z góry z muzeum po drugiej stronie ulicy, po wschodniej stronie. Idąc wzdłuż starego cmentarza Ackerstraße i zatrzymując się na przejściu dla pieszych przy Bernauer za plecami ale wciąż blisko ma się mieszczański modernizm i secesję, a przed sobą na wyciągnięcie ręki bloki jak w Krakowie na Azorach. Wspinając się potem po schodach do muzeum nie sposób nie zaglądać starym enerdowskim obywatelom na balkony i wprost do mieszkań, przez okna i widzi się święte obrazki, krasnale, jelenie, pelargonie, paprotki, meblościanki. Znowu czas odsłania się przed nami. Mur po kilkudziesięciu metrach wzdłuż Bernauer Str. robi się symboliczny – zostały same pręty, zbrojenia żelbetonu, ładne, polerowane i wybarwione na rdzawo pewnie miedzią a może prawdziwą rdzą, między którymi można już przejść swobodnie z chodnika we Wschodnich Niemczech na trawnik, który był tu przed laty zaminowany i strzeżony. Na trawnikach znajdują się kamienne ławki, na których można poleżeć jeśli trawa mokra, płyty żelbetowe poukładane jak w magazynie, między którymi rosną drzewa samosiejki jeszcze całkiem nieduże dwudziesto- trzydziestoletnie może, są też zdjęcia ludzi, którzy zginęli uciekając przez mur i nagrane czyste, wyraźne głosy czytające apel poległych. Bez nacjonalizmu, ani wołania o pomstę do nieba, ani bez haseł o tym jak moce światła pogromiły ciemność, po prostu dwa głosy, męski i kobiecy, niemiecki i angielski, czytają metodycznie, wyraźnie, ładnie, wśród szumu drzew: „Herbert Mende – lat 29, postrzelony 8 lipca 1962 zmarł 10 marca 1968”. Lecz nikt już nie wyjaśnia czemu długo umierał, ani kiedy miał 29 lat – gdy umarł czy gdy go postrzelili, dopiero trzeba samemu poszukać, że umarł tuż przed dwudziestymi dziewiątymi urodzinami (jego biogram).

Na pierwszy rzut oka mur berliński wydaje się opowiadać naiwną historię o złu i dobru, o wolności, o pragnieniu tejże wolności, o zwycięstwie nas nad nimi, o nadziei, że za każdym razem to my zwyciężymy i będzie wolność, o wierze w wolność i w to, że nawet jeśli wolności nie ma, to będzie, bo ktoś za nią odda znowu życie, że trzeba walczyć i ufać w zwycięstwo. Obok niej jest też opowieść nieco bardziej zwycięstwie jednego imperium nad drugim, o zwycięstwie jednego imperializmu, o bankructwie drugiej ideologii. Nie stawia na szczęście bardzo nachalnej tezy. Pozwala mi iść między eksponatami, patrzeć w twarze kobiet i mężczyzn, którzy zginęli uciekając przez mur i nie decyduje za mnie dlaczego mam im współczuć, czy że nie mieli wolności słowa, czy że nie mieli kredytów na domki pod miastem, czy że nie rozumieli, że głupotą jest uciekać z nowego lepszego świata. Bo źle jest jeśli muzeum decyduje za mnie co mam myśleć. Jednocześnie, niedaleko rzeki, ale lepiej tam przejść przez miasto wpadając na kawę do the Barn i oglądając Checkpoint Charlie – Berlin opowiada dumną historię Brandenburgii i zjednoczonych Prus. A tuż obok, z kolei historię Armii Czerwonej kończącej Wielką Wojnę Ojczyźnianą, gdzie w Tiergarten pomnik poległych żołnierzy jest druga strona obrony Stalingradu. Tu też nie ma tezy, mimo, że nie byłoby muru berlińskiego bez poległych radzieckich żołnierzy, to zadzierając głowę do góry, ku napisom i rzeźbom, czuje się tylko, że że szczęśliwie się to tak skończyło. Jedno imperium pokonało inne, straszniejsze.

W Berlinie są dobre muzea, jest miło pójść na niedzielny spacer, spotkać tureckich emerytów na Wyspie Muzeów idących noga za nogą, miło jest usiąść z kieliszkiem wina na murku nad kanałem, miło jest wypić espresso i zjeść pasteis de Belem we wspomnianej kawiarni (the Barn), która jest tylko w dwóch miejscach w Berlinie i w jednym w Tokyo, grzać twarz w słońcu i widzieć dwa stołki dalej grzejącego twarz w słońcu lubianego polskiego pisarza, który przyjechał pewnie na spotkanie autorskie, i pije kawę i myśli pewnie jak to możliwe, że kawa tu lepsza i jak to możliwe, że w Warszawie poddani cara mieli wodociągi takie jak dzisiaj wcześniej poddani cesarza i kanclerza tutaj. A jednak kawa jakby lepsza.

***

Wszystko to co powyżej pochodzi z zaplanowanych, mniej i bardziej udanych wizyt. Ostatnim razem, kiedy to naprawdę polubiłem Berlin, znalazłem się tam przypadkiem. A w zasadzie, to przypadkiem tam utknąłem. W pogodną, wiosenną sobotę miałem być w Warszawie po męczącym tygodniu w Szwecji. Jednak zamiast lecieć bezpośrednio kupiłem bilety w ostatniej chwili i wziąłem z konieczności przesiadkę. Wychodząc z domu w środę wczesnym rankiem z ciężkim sercem, pełnym złych przeczuć, dopiero w piątek wieczorem byłem na lotnisku w Kopenhadze gotów wracać. Zmęczony hotelem, brakiem świeżego powietrza, spotkaniami, naradami w grupach, słuchaniem siwowłosych magnatów skandynawskiego przemysłu i finansów (lecz nie takich intrygujących, demonicznych jak u Larssona, tylko zwykłych, przystępniejszych niż amerykańscy odpowiednicy, ale wcale nie mądrzejszych), zmęczony światłem i chłodem tamtejszym. Zmęczony wreszcie tym, że byłem całkiem sam tylko kilka godzin dziennie, gdy spałem w swoim pokoju.

Podróż powrotna od początku jakoś nie szła. Najpierw popołudniu zamach w Sztokholmie, w centrum miasta, więc na lotnisku ni to jakieś zwiększone środki ostrożności, ni to większy tłum niż zwykle, bo weekend, do mojego samolotu chciało wsiąść za dużo ludzi, więc pytali, kto chce zostać. Wszystko powoli, wszystko się wlecze, ludzie niby nie myślą o zamachach, ale myślą. Biorę w księgarni do ręki nowego Austera i zaczynam kartkować. Dość go lubię, choć poznałem niedawno i mało znam, ale podoba mi się jego niepokojący język, lecz pozbawiony męczącego nadmiaru. Kojarzy mi się z chodzeniem po londyńskich księgarniach z córką. Wziąłem sobie „Trylogię nowojorską” i woziłem ją ze sobą zawsze w podróży, jakby na pamiątkę, czytałem powoli i zasnąłem nad nią nie raz w pociągu czy w samolocie. W każdym razie jego nowej książki nie kupiłem w Kopenhadze, bo jest ogromna, ma z 1000 stron i była w twardych okładkach, w dużym formacie, wydrukowana starannie wielkimi literami – do samolotu kompletnie się nie nadawała. Ale przekartkowałem i zorientowałem się z opisu, o czym jest i pomyślałem, mój Boże, Auster napisał właśnie książkę taką dokładnie, jaką ja zawsze chciałem napisać. Zawsze to może przesada, ale tak pomyślałem wtedy, bo lubię trochę dramę robić. Powiedzmy, że od roku chciałem taką książkę napisać właśnie, tylko nie o nowojorczyku, ale chłopaku z Warszawy, który zostaje radzieckim marszałkiem, choć to tylko jeden z możliwych jego życiorysów, a chciałbym zbadać też wszystkie inne, równie prawdopodobne. Ale ciągle jest praca, ciągle coś na jutro, gdzieś trzeba jechać, coś podpisywać, coś negocjować – to nie było, kiedy napisać książki, nawet research do niej idzie niemrawo. Za to Auster napisał. Jak się okazuje pisał bez przerwy trzy lata. W gazetach ma recenzje bardzo dobre i już ją mam, już czeka na swoją kolej. Ale przecież nie o książce, tylko o Berlinie mowa teraz.

Zatem snuję się po lotnisku w Kopenhadze załamany tą książką (jeśli bym napisał swoją o dwóch Polakach, marszałkach niemieckim i radzieckim, stojących po dwóch stronach pod Stalingradem i pod Kurskiem, to będzie ani chybi jak plagiat). Kopenhaga jest niedaleko, ale na wiosnę jest tam wyraźnie dłużej jasno wieczorem. Zatem zrobiła się cisza, jest wieczór i ładne światło. Tłumy jakoś poodlatywały, albo lotnisko je wchłonęło w swoje biało – szare zakamarki, rozświetlone tym skandynawskim światłem, mimo że powietrze jeszcze zimowe. Czekam jak najdłużej, żeby wsiąść do samolotu, jako ostatni, bo nie lubię tego gniecenia się ze wszystkimi, stania w rękawie, albo pod schodkami, czekania, przestępowania z nogi na nogę, gapienia się bezmyślnie na innych podróżnych, słuchania chcąc nie chcąc ich banalnych rozmów, nie lubię tego moszczenia się ludzi w samolocie, gdzie wszyscy z niepokojem swoim (niosą całe życie składające się z tego niepokoju, z niepewności, co to będzie, czy siedzenie wygodne, czy dolecimy), z bagażem, z siatkami, z kurtkami, z gazetami, okularami do czytania, zatyczkami do uszu, słuchawkami, tabletami, gumami do żucia, wodą na drogę. Wszyscy się pchają najpierw na wyścigi żeby wsiąść jak najszybciej, żeby już być w środku, już podróżować, bo przecież polecą pierwsi jak już będą w środku umoszczeni, z gazetami naszykowanymi, z okularami na nosie, kolejka ustawia się na długo zanim ma to sens. Więc wchodzę, wszyscy umoszczeni, czekali już w nagrodę za swoją pilność i punktualność dobre dwadzieścia minut, aż obsługa zamknie drzwi. Moszczę się i ja, wyciągam coś, chowam, zapinam, przysiadam, wstaję, siadam znowu, wszyscy gotowi, kapitan powiada, że wita, że będzie leciał godzinę i dwadzieścia minut, prosto, potem trochę na wschód, pogoda w Berlinie dobra, wiatr południowo-zachodni, bez opadów, temperatura 12 stopni Celsjusza. Potem kapitan jeszcze raz to wszystko mówi po niemiecku, jakby ktoś był ciekaw i chciał dwa razy posłuchać, albo się dowiedzieć jak jest wiatr południowo-zachodni po niemiecku.

Zatem w drogę. Lecimy. Trochę opóźnieni, może z 20 minut, bo Niemcy myślę sobie tak naprawdę, wbrew obiegowej opinii w Polsce, są strasznie nieogarnięci. Przynajmniej w porównaniu ze Szwedami. Wszyscy umoszczeni, ściśnięci, oddychają jednym powietrzem i jednym strachem, czy aby się nie zabijemy wszyscy. Turbulencje, nic kapitan nie mówił, że będą turbulencje, mieliśmy jechać prosto, potem na wschód, a wiatr miał być po prostu południowo-zachodni.  Dziewczyna obok blednie, zaciska dłonie na podłokietnikach, cała tężeje. Wprawa mnie to w rozbawienie. Wyjmuję słuchawkę z jednego ucha i pytam czy wszystko w porządku. Jej strach mnie bawi i zaciekawia. Mam ochotę jej powiedzieć, że jeśli boi się umierać sama, to jak zaczniemy na dobre spadać, to może mnie trzymać za rękę. Ale powstrzymuję się, bo wiadomo – nie zrozumie żartu, tylko pomyśli, że wszystko przesądzone i przyjdzie jej umrzeć z obcymi ludźmi w samolocie, a nie w szpitalu na starość. Lecimy jednak cali. Ludzie się moszczą na nowo. Dzieci grają na telefonach, a młodsze płaczą, bo nie wiedzą jak długo jeszcze, ani że po turbulencji trzeba się dla uspokojenia nerwów umościć na nowo.

Czytam książkę o przyszłości świata. Fragment idealnie pasujący do zamachu w Sztokholmie. “Podczas gdy w 2010 otyłość i związane z nią choroby zabiły 3 miliony ludzi, terroryści zabili łącznie 7697 ludzi na całym świecie, głównie w krajach rozwijających się. Dla przeciętnego Amerykanina czy Europejczyka, Coca-Cola niesie o wiele bardziej zabójcze niebezpieczeństwo niż al Kaida.” Święte słowa myślę i z zadowoleniem odnotowuje, że nie piję nigdy coli.

W międzyczasie okazuje się, że w Berlinie bym nie zdążył na samolot do Warszawy, bo ten z Kopenhagi był spóźniony, ale jeszcze w samolocie stewardessa informuje, żebym się nic martwił, bo loty kolejne też są opóźnione – w tym “nach Warschau“. Jakoś tyle lat nie mogą ogarnąć, że Warszawa to po prostu Warsaw. Ale mają całkiem ładną ulicę Warszawską w centrum, więc niech im będzie. Zatem idę na swój samolot nach Warschau. Waliza w rękę i schodami w górę i w dół. Opóźniony dwie godziny. Niby dobrze, że zdążyłem, ale źle, że aż dwie godziny. W mojej hali dziki tłum, nie ma gdzie usiąść, ludzie na podłodze, na krzesłach, dwie jadłodajnie całkiem zajęte, w jednej jest zupa wietnamska, którą bym zjadł, ale się skończyła. Maja piwo i kanapki, niezachęcające. W drugiej jadłodajni mają kiełbasę i piwo. Ludzie jedzą te kiełbasy. Jedna dziewczyna nie je kiełbasy, tylko szarlotkę: beznamiętnie macza swoją szarlotkę w kawie, następnie w jogurcie, następnie wkłada do ust. Metodycznie, kawałek po kawałku, nie opuszcza ani kawy ani jogurtu ani nie zmienia kolejności. Patrzę na nią, zastanawiam się czy to smaczne, takie maczane, ale zastanawiam się tylko teoretycznie, bo na kolację nie chcę szarlotki ani kiełbasy. Tylko, jeśli już to zupę pho, której już nie ma. Więc nie będzie kolacji chyba, że na Okęciu.

Czekamy. Robi się coraz luźniej, niektórzy odlatują, jest gdzie usiąść, jest gdzie czytać. Korzystam z Internetu i kupuję sobie bilety do Edynburga na za dwa tygodnie, bo kiedyś trzeba kupić. Wreszcie wiozą nas do samolotu. Wiozą niemrawo, na kilka razy. Ludzie kończą się mościć, moszczę się ja. Trzy rodaczki-oligofreniczki przede mną dzwonią do pana Bogdana, który ma je odebrać z Okęcia, a potem rozmawiają o tym, że myśliwi są ok, a tylko kłusownicy, którzy zabijają zwierzęta są źli. Że przecież jak komuś żal tych zwierząt, co je myśliwi zabijają, to niech się zajmą ofiarami wojen, bo to przecież ludzi trzeba żałować, a nie zwierzęta. Więc tylko kłusownicy źle kłusują. Myślę sobie, że z prostakami nie tylko nigdy, ale to przenigdy nie można dyskutować, ale też nigdy nie należy się przysłuchiwać ich rozmowom, więc zamiast coś powiedzieć, że z ludźmi podobnie – nie żałować tych za mało cierpiących żeby się człowiek sam swoją empatią nie zmęczył, tylko podkręcam muzykę w słuchawkach i zapominam o rodaczkach.

Siedzimy. Samolot przemieszcza się wolno po pasie startowym. Kapitan nagle mówi, że niestety minęła 23:30 i ponieważ jeszcze nie odlecieliśmy, to już nie odlecimy, bo po nocy nie wolno mu nad Berlinem latać. Myślę sobie, no to pięknie – mam zajęcia prowadzić następnego dnia w południe a tu taka okoliczność. Czemu żeście się nie ogarnęli szybciej, mogliśmy wylecieć 20 min temu gdybyście się pospieszyli. Wiozą nas na lotnisko. Rodaczki w wielkiej obawie jak one do domu dojadą, bo pociąg ostatni do Warszawy Wschodniej już odjechał. Kolejka. Kwaterują do hotelu, wpisują na listę pasażerów na jutro. Ludzkie dramaty w kolejce, kto gdzie nie dojechał, kto skąd wracał, kto na niego gdzie czeka. Myślę sobie jak to dobrze, że ja zawsze pakuję więcej ubrań. Będą na jutro. Trochę się kłócę bez przekonania, że muszę być w Warszawie rano, no ale lotu nie ma rano, więc biorę popołudniu. Jest noc, już po północy, ale miasto nie śpi. W hotelu kolejka z tymi samymi ludźmi, pogodzonymi z losem, te same akcenty słychać. Hiszpanie, Polacy, Włosi, Polacy. Te same ludzkie dramaty, gdzie kto nie zdążył. Zachodni Berlin, taka wersja mieszczańska, przedwojenna, ładna, blisko Tiergarten od strony ZOO i domu Isherwooda, ale niestety ten zamknięty dla zwiedzających jak informuje mnie appka Lonely Planet w telefonie. Myślę żeby wskoczyć w metro i pojechać na imprezę, jest druga w nocy, ale tu imprezy trwają od piątku wieczorem do niedzieli rano, a potem jeszcze do wieczora jest chillout. Ale starość bierze górę, myślę – wyśpię się i pójdę rano na spacer.  Rano budzę się wcześnie, skoro świt, przez moment nie wiem gdzie jestem – nie Malmo, ale i nie Warszawa. Idę, czym prędzej na spacer, zawsze chciałem przejść cały Tiergarten wzdłuż i wszerz. Jest pusto i wiosennie. Zaczynam od Siegessäule – pomniku zwycięstwa w jakiejś wojnie z Duńczykami sprzed 150 lat i idę na południowy zachód. Park ogromny, piękny, angielski, kaczki pływają po stawach, ścieżki gubią się w zaroślach, jest zielono i sa pierwsze kwiaty. Jest pusto i wiosennie. W Warszawie by tu na pewno powstało osiedle bloków i biurowce, w końcu centrum miasta.

W pierwszej chwili byłem zawiedziony i poirytowany tym jak pokrzyżowano moje plany (miałem mieć zajęcia następnego dnia w południe). Bo nie tu miałem być. Bo nie tak to miało wyglądać. Bo co innego jakbym sam chciał tu przyjechać na weekend. Ale chwilę potem, może właśnie rankiem idąc do Tiergarten z mapą w ręce, mijając muzeum Bauhausu pomyślałem, jakie to zabawne – wszystkie plany, jakie mamy w życiu, wszystko, na co liczymy – los się tym nie przejmuje. Zamiast załamywać ręce nad zmarnowanym piątkiem i sobotą, czy tam nad zmarnowanym życiem, najlepsze, co można zrobić to wyspać się i iść na spacer. W Berlinie, na wiosnę.

***

Tiergarten w zachodniej części i pomnik żołnierzy radzieckich, też w Tiergarten, ale od strony Bramy Brandenburskiej.

 

Posted in any | Leave a comment

Kurlandia i chińskie IPR

W przeddzień przesilenia letniego, czyli całkiem niedawno, znalazłem się w gronie łotewskich, litewskich, polskich, chorwackich, słowackich i chińskich przedsiębiorców, doradców i urzędników, w letnim pałacu Ernesta Jana Birona, założyciela domu Bironów, władcy Kurlandii i Semigalii, polityka i awanturnika, który będąc lennikiem Stanisława Augusta przejął na chwilę faktyczną władzę w Rosji, najpierw jako zaufany doradca carycy Anny Iwanownej, a po jej śmierci jako regent Cesarstwa. Biron najpierw wspiął się na szczyt, gromadząc zaszczyty, wpływy, władzę i majątek (porównywalny podobno do majątku samej rodziny Romanowych), aby stracić wszystko co miał i spędzić 22 lata na zesłaniu. Stało się to po przewrocie przeprowadzonym przez konkurującego z Bironem feldmarszałka Burkharda Münnicha, niemieckiego wojskowego, który z armii saskiej przeszedł do polskiej, a potem rosyjskiej, a który sam sięgnąwszy szczytów władzy w Rosji, popada w niełaskę i trafia na zesłanie. Pod koniec życia Biron wrócił do Kurlandii i dokończył budowę swojego swojej letniej rezydencji – wzorowanego na Wersalu Pałacu Rundāle. Historia Birona i Münnicha, z carycami (i romansami, jak się domyślam, choć nikt tego wyraźnie nie mówi; przewodniczka i wikipedia posługiwały się eleganckim zwrotem “faworyt carycy Anny“), przewrotami pałacowymi w Rosji, wojną z Turcją i zamachem stanu, z historią pomniejszą, ale nam bliższą – Polski i Rosji („Ten przystojny mężczyzna na portrecie na samej górze to Stanisław August Poniatowski, król polski i wielki książę litewski, którego Ernest Jan Biron był lennikiem” mówi przewodniczka patrząc na króla Stanisława zdecydowanie przychylniej niż na wiszące niżej portrety Piotra Wielkiego i Fryderyka Wielkiego) – ni to jak z nudnego podręcznika w liceum, ni to jak z historycznego thrillera politycznego. A trochę jak z Fantomowego ciała króla Jana Sowy (recenzja), szczególnie na myśl o setkach, jeśli nie tysiącach poddanych, których praca była konieczna żeby wznieść pałac i utrzymać na codzień park.

Skąd się tam wziąłem? Otóż, co kilka miesięcy, a czasem częściej, przyjmuję zaproszenie na seminarium o inwestowaniu w Chinach lub krajach Azji Południowo-Wschodniej, albo o handlu z tymi krajami, żeby mówić do menedżerów i prawników, a urzędników i doradców z instytucji publicznych, zwykle na temat prawa własności intelektualnej. Tym razem była to konferencja poświęcona relacjom gospodarczym “Grupy 16+1”, czyli CEE (szeroko rozumianej) i Chin. Nie wiedziałem za bardzo co to jest, ale po powrocie okazało się, że to w Polsce jest gorący temat, takie Międzymorze+ i w ogóle jeździ do Chin pani premier i pan minister odkrywca San Escobar (ale ich nie było, tylko pomniejsi urzędnicy).

Po konferencji był spacer po parku, zwiedzanie pałacu, koncert muzyki dawnej (przeboje z XVIII w.), następnie kolacja i garden party w scenerii jak ze ślubu wyższych sfer albo turnieju trójmagicznego z filmu o Harrym Potterze. Było tam bardzo pięknie. O ile pałac w środku męczy nadmiarem, bo choć wystrój zapewne był modny 250 lat temu, to skandynawskie światło i krajobraz zachęca do surowej, powściągliwej estetyki. Za to park i okolica – stawy, róże, ścieżki z pergolami, rzędy lip, widok z książęcej sypialni na ogrody – rewelacyjne. Szczególnie w podróży służbowej, która kojarzy się raczej z miejskim zgiełkiem, wnętrzami biurowców albo instytucji publicznych, konferencjami przy zamkniętych oknach z ciężkim po kilku godzinach powietrzem, tam – wręcz przeciwnie – powietrza, światła i ciszy było pod dostatkiem.

Sama konferencja odbywała się wśród pól, w odrestaurowanych budynkach gospodarczych, pachnących pokostem, drewnem i wiatrem. Łotysze lubią duże otwarte okna i drzwi, światło i powietrze wpadające bez przeszkód wśród ludzi. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie – siedząc w panelu dyskusyjnym, naprzeciwko drzwi widać było, jak obraz na ekranie telewizyjnym, przesuwające się burzowe chmury, strugi deszczu, wreszcie znowu słońce. Na koniec dnia wypogodziło się i do późnego wieczora zachwycało mnie światło (jak na zdjęciu niżej).

Znaczną część konferencji poświęcono ochronie własności intelektualnej przedsiębiorców planujących obecność w Chinach, albo już prowadząych tam działalności biznesową. Miałem im do przekazania – podobnie jak pozostali paneliści (w zasadzie panelistki – to miła odmiana być w mniejszości, a nie wśród samych męskich gadających głów) kilka dość prostych informacji i rad:

  • podobieństwa chińskiego prawa do polskiego, łotewskiego czy szwedzkiego prawa są łudzące i nie należy ufać swoim instynktownym skojarzeniom
  • znaczenie ochrony własności intelektualnej w Chinach rośnie i będzie rosło; nie dlatego, że tak chce Zachód czy WTO, albo że tak jest sprawiedliwie, ale dlatego, że to ma sens dla chińskiej gospodarki – ze względu na jedne z najwyższych na świecie nakładów na badania i rozwój, co sprawia, że Chiny są jednym z najaktywniejszych rynków technologicznych i przeżywają boom patentowy
  • jak chronić oznaczenie przedsiębiorstwa/produktu i wizerunek rynkowy: w skrócie – rejestrować znak towarowy natychmiast bo Chiny stosują zasadę “first to file” czyli “kto pierwszy ten lepszy”, nie zapewniają ochrony znaków powszechnie znanych poza Chinami), a także, że znaki towarowe trzeba lokalizować, czyli dobrać ich odpowiednie znaczenie albo brzmienie, a najlepiej jedno i drugie (z przykładami bardzo dobrych (jak Coca Cola – 可口可乐, czy Nike – 耐克) oraz poprawnych praktyk (jak Sony – 索尼, czy General Motors – 通用汽车)
  • jak chronić swoją technologię – kiedy najlepsza jest ochrona patentowa, a gdzie lepiej sprawdzi się kontraktowa i przepisy o tajemnicy przedsiębiorstwa.

Rozmawialiśmy trochę o studiach przypadków – np. o przegranej przez New Balance sprawie (tutaj można przeczytać więcej). Łotewska panelistka przytoczyła niedawno rozstrzygniętą, na niekorzyść Apple, sprawę dotyczącą znaku towarowego iphone – tu pisze o niej NYT. A chińska prawniczka z wdziękiem zadręczała audytorium szczegółowymi danymi o liczbie wpływających wniosków rejestracyjnych (z roku na rok coraz więcej), o czasie rozpatrywania, o ostatnich zmianach w przepisach etc.

Wszystkim się bardzo podobało, pytań było sporo, ale miałem wrażenie, że przedsiębiorcy woleliby usłyszeć coś bardziej podtrzymującego na duchu. Na przykład, że nie ma się czym przejmować, szkoda czasu i pieniędzy na rejestrowanie znaków towarowych, modeli użytkowych (utility models) i czytanie umów o zakazie konkurencji i wystarczy działać jak w Europie.

***

W bonusie widok na stawy Ernesta Jana Birona. Kto wie, może lennik naszego króla i regent Cesarstwa Rosyjskiego wypoczywał łowiąc w nich ryby?

Posted in any | Comments Off on Kurlandia i chińskie IPR

Literary characters

What I find quite annoying about fiction, no matter what genre, is that characters don’t read. They just don’t. There are no quiet long-weekends spent by sipping wine with few books to read. They don’t even think that much, they just act. What is particularly puzzling in that scheme is the notion of a writer stuck for weeks in front of her laptop, sipping latte and typing, and regretfully staying away from her social life, and the said writer is thinking of a bunch of readers, who are like her, and will enjoy long afternoons of bright light and crispy air, and tea, and turning pages. So why write about people who don’t read?

 

Posted in any | Comments Off on Literary characters

Książki dobre i książki złe: o chińskiej ekspansji, o prawie i o “Smutku wojny”

Przez ostatnie parę lat pisałem na blogu rzadko, a i to tylko dziwne rzeczy (na marginesie – odmierzanie czasu na blogu w latach brzmi niepokojąco). Zaczęło się niewinnie jakoś w 2013, od tego, że opera, feminizm i prawo konstytucyjne są ciekawsze niż inne sprawy. Mijają dwa lata i zamiast pisać o patentach w Chinach, przechodzę do żartów z sędziego i kawalera pewnego orderu obcego mocarstwa. Nikt z nas jeszcze nie wie, że sędzia i kawaler będzie niedługo mówił o strzeżeniu jak źrenicy nie tylko wolności religii, ale też demokracji i porządku konstytucyjnego w ogóle, co sprawi, że stanie się ikoną obrony tychże, jednak potem zostanie zapomniany, bo zawsze są przecież pilniejsze sprawy niż pamiętanie wczorajszej ikony. Później dzielę się refleksją, że nie warto głosować bo zawsze, ale to zawsze, będzie jak zwykle, choć tym razem było z wyborami nieco mniej zwykle. Ale ogólna myśl – że oto z demokracją pośrednią, która jako podstawowym instrumentem posługuje się wyborem między gotowymi zestawami (przypominającymi niesmaczne zestawy lunchowe), zmuszając nas do przyjęcia zdefiniowanych z góry zestawów (poglądów i kompetencji potencjalnych reprezentantów) jest coś fundamentalnie nie w porządku – pozostaje aktualna po rozmaitych wyborach w ostatnich latach w Europie i na świecie (głosujesz, czy nie – największa radość jaka może kogoś spotkać to wygrana Corbyna z May, Clinton z Trumpem, czy Petru z Dudą). Potem poszło już z górki – mijają kolejne dwa lata i wiadomo nie tylko co myślę o wyborach i orderach obcych mocarstw, ale też co mi się ostatnio śniło i gdzie piłem kawę w Chinach. Myślę, że czas ten trend „hej, napiszę coś dziwnego” odwrócić. Może nie jakoś radykalnie odwracać, może za dużo powiedziane, ale powiedzmy – choćby przyhamować. Ekscentryczne wpisy na blogu nie znaczyły oczywiście, żebym się jakoś znacząco zapuścił intelektualnie. Wręcz przeciwnie – perypetie, mieszczańska melancholia i kryzys wieku średniego zawsze sprzyjają lekturze. Zatem o książkach!

Późną jesienią 2016 prowadziłem zajęcia na studiach azjatyckich o chińskim prawie, co przy okazji układania syllabusa i listy lektur dla studentów skłoniło mnie żeby przeczytać samemu coś nowego i odświeżyć stare i dobre pozycje. W chińskiej kulturze prawnej i gospodarce sporo się dzieje i sporo się o nich pisze. Mam trzy nowe rekomendacje, dwie prawnicze i jedną kulturowo-polityczno-gospodarczą. Zacznę od tej ostatniej, bo chyba najciekawsza. Tytuł mówi wszystko o książce  – China’s Silent Army: The Pioneers, Traders, Fixers and Workers Who Are Remaking the World in Beijing’s ImageHiszpańscy dziennikarze tropią chińskie wpływy na świecie, głównie w krajach rozwijających się, w których Chiny starają się zyskać wpływy i dostęp do zasobów (nie tylko złóż, ale i ziemi uprawnej, wody, miejsca do życia), inwestując setki miliardów dolarów w kilka lat. Książka odmalowuje obraz nowego świata, w którym wracają schematy kolonialne, w którym kiedyś przyjdzie zapłacić rachunek za zniszczenie środowiska, rozpad społeczności i gospodarek, a wreszcie za urażoną dumę Zachodu, ale na razie trzeba w nim nauczyć się funkcjonować. Obowiązkowo. Druga to książka z dziedziny, o której od lat pisze się dużo i ostatnio dość popularnym w kontekście antyglobalizmu i kryzysu kapitalizmu – międzynarodowej ochronie inwestycji (BIT-y itd.). Pozycja o tyle ciekawa, że napisana przez chińskiego prawnika, z perspektywy Chin, nie jako kraju przyjującego inwestorów, ale z którego pochodzą inwestycje: Wang Guiguo, Chinese Perspectives on International Investment Law. Trzecia to monografia o czynnikach modernizacji chińskiego prawa w ostatnich latach, wychodząca poza znane i oczywiste słowa-klucze “tradycja, gospodarka rynkowa, prawo, stabilność, rozwój, rynek (aha, już było)“. Stara się oddać szerszą niż tylko rynkowa/gospodarcza perspektywa i stawia pytania o to co dalej, jakich kierunków modernizacji prawa należy się spodziewać. Czy będziemy świadkami narodzin chińskiego prawa konstytucyjnego (takiego z prawdziwego zdarzenia)? Jianfu Chen, Chinese Law – Context and Transformation

Tyle o Chinach. Witając w Wietnamie rok 2017 z tropikalnej wyspy niedaleko granicy z Kambodżą oraz z widokiem z hotelu na przestwór oceanu, zacząłem czytać Smutek wojny (Bao Ninh, The Sorrow of War). W zasadzie to czytałem ją po raz drugi, ale tego nie wiedziałem i byłem oczarowany jak nowością. Dwadzieścia lat wcześniej musiałem już tą książkę przeczytać, choć tego pamiętałem, ale znalazłem niedawno swój ewidentnie przeczytany egzemplarz papierowego wydania po polsku (w starym domu). Przeczytanie wszystkich wartościowych książek przed śmiercią staje się więc jeszcze trudniejszym zadaniem, skoro człowiek co przeczyta to od razu zapomina. Bao Ninh napisał książkę równo trzydzieści lat temu, podobno jako jakąś pracę dyplomową, a kilkanaście lat po wojnie, w której uczestniczył początkowo jako nastoletni żołnierz. Ukazała się w Wietnamie i później wszędzie indziej na początku lat 90’tych, wzbudzając zainteresowanie, a może nawet entuzjazm, w samym Wietnamie i wśród amerykańskich weteranów, ale też u czytelników w Europie. Przed tą książką i przed odwiedzeniem Wietnamu tematyka ta była dla mnie zawsze niezmiernie nużąca, estetycznie i intelektualnie – filmy są koszmarne, czy to te prostackie, propagandowe, czy te intelektualne, kontrkulturowe i rozliczeniowe, książki o wojnie, jak to o każdej wojnie – piekielnie nudne. Z dominującym tanim, pretensjonalnym i fałszwym obrazem wojny wietnamskiej w kulturze popularnej rozprawia się amerykański pisarz (i profesor) o myląco wietnamskim nazwisku – Viet Thanh Nguyen w Sympatyku (inna rewelacyjna książka, jak Graham Greene, tylko lepsza, o tożsamości chyba najbardziej). Wracając do Smutku wojny – zaczyna się pięknie i melancholijnie, jak przystało na książkę o śmierci, wojnie i utracie nadziei:

Smutek wojny w sercu żołnierza w dziwny sposób przypomina smutek miłości. To był ten sam rodzaj nostalgii, jaki spływa na cały świat o zmierzchu. To była niedola, żal i ból, które kierują myśli ku przeszłości. Smutku pola bitwy nie da się zazwyczaj odnieść do jakiegoś konkretnego wydarzenia czy nawet pojedynczej osoby. Jeśli skupisz uwagę na jednym wydarzeniu, wkrótce zamieni się on w rozdzierający ból. Toteż szczególnie ważne było, aby nie myśleć, o ile to możliwe, o zmarłych”.

Wojna jako nostalgia… Bao Ninh nie napisał od tego czasu nic więcej – widziałem wywiad z nim w Guardianie sprzed kilkunastu lat, w którym mówi, że owszem próbował pisać, nawet napisał coś, ale z wydawaniem tego się nie spieszy, bo stracił płynność pisania.

Smutek wojny jest pozycją obowiązkową w anglojęzycznych księgarniach i sklepach z pamiątkami w Wietnamie, w tym w sklepiku zaaranżowanym w słynnym więzieniu Hoa La w Hanoi (nazywanym żartobliwie przez amerykańskich więźniów Hilton Hanoi, stąd hotel tej sieci nazwano później Hilton Hanoi Opera). Więzienie jest w centrum, w zasadzie wśród bloków mieszkalnych, przy zwykłej ulicy. Można tam dojść piechotą ze świątyni Konfucjusza (myląca nazwa, bo to bardziej nasze Collegium Maius niż Kościół Mariacki, gdyby Hanoi porównywać do Krakowa – co ma sens, bo dzielnica francuska całkiem przypomina Kazimierz). W każdym razie Smutek wojny był na poczesnym miejscu w sklepiku z pamiątkami.

Więzienie zbudowali Francuzi, zachowała się po nich gilotyna i nad wyraz surowe wyposażenie (cele, betonowe łóżka i kajdany). Więziono tam najpierw wietnamskich komunistów i wykonywano na nich egzekucje, a potem gdy komuniści doszli do władzy, zapewne w więzieniu znaleźli się ich przeciwnicy (choć po francuskich więźniach nie ma śladu), ale prawdziwą sławę zyskało dopiero w czasiw wojny, przez amerykańskich więźniów wojennych (schwytanych żołnierzy; jednym z najbardziej znanych więźniów był senator McCain, konkurent Obamy w wyborach 2008). Zaskakująca jest nieco lokalizacja: zawsze sobie wyobrażałem, że pojmanych żołnierzy trzyma się w jakichś obozach na uboczu, a nie w środku miasta, ale najwyraźniej w Hanoi tak było wszystkim wygodniej. Więzienie ma wśród amerykańskich weteranów i fanów wojny znaczenie kultowe – wspomnienia książkowe, słynny film (udręka w oglądaniu, moim zdaniem), internetowe fora dyskusyjne.

Przez więzienie, jak to przez atrakcję turystyczna, przetacza się mnóstwo zwiedzających. Może nie tłum, ale w niektórych miejscach – ekspozycjach, ciasnych korytarzach idzie się noga za nogą. Ten tłum trochę przeszkadza, bo odbiera miejscu grozę, ale i tak w niektóre miejsca turyści boją się wchodzić. Niektóre cele są otwarte, a przy drzwiach zawsze kilka nazwisk znanych wietnamskich towarzyszy, którzy w tej celi siedzieli zanim umarli albo uciekli. Cele są puste, z rzadka ktoś wkłada głowę albo robi zdjęcie, ale w sumie nie ma po co bo w środku ciemno i ponuro. Więc jestem w środku, siedzę na betonowym łóżku (spodziewam się, że dawniej był tu jakiś siennik, ale może nie), opieram plecy o ścianę, patrzę w górę, na małe okno pod sufitem, przez które wpada trochę światła, na tyle żeby się na niczym nie potknąć. Zastanawiam się jak to jest gdy z całego życia, z niezmiernego bogactwa codziennych bodźców, wrażeń, drobnych przyjemności i przykrości zostaje tylko tyle – cela, betonowe łóżko, niewiadoma co dalej, gdy jesteśmy zredukowani do ciemności, samotności i strachu, czy łapiemy się nadziei, czy narzekamy, czy umieramy ze strachu, czy zapadamy się w rozpacz, czy kontemplujemy płynący czas, czy wszystko to się dzieje z nami po kolei. Jest w tym miejscu groza śmierci i groza niewoli, ale jest też żal i spokój (może tak jest w każdym miejscu, w którym nie ma wifi ani światła) i smutek w tym miejscu to też nostalgia, to od razu tęsknota za tym smutkiem, żeby nie zniknął, żeby nie zostawił nas całkiem samych. Więc Smutek wojny w sklepiku był bardziej na miejscu niż mogłoby się wydawać.

***

Więzienie

Posted in any | Comments Off on Książki dobre i książki złe: o chińskiej ekspansji, o prawie i o “Smutku wojny”

Dreams

Last night I dreamt of my own death. Dying was sudden, or at least unexpected, but it was not violent or rushed, so I was conscious of the process. Some  cardiovascular event perhaps, but it  was hard to figure out, as I had no medical background in the dream. I knew it was not old age or some terminal issue, I didn’t remember getting old or being sick for weeks or months, and such things don’t come unnoticed. The death was taking place nowadays, and felt both  unexpected and irreversible. It was being unfolded as a bit dreamy, painful, sorrowful drifting away.

I was dead and found myself in some place. I didn’t know it, but understood that a place was. So the dream followed basic principles of what we understand is real. The place was a large cave made of lava-rock, like if it was made by a bursting bubble of gas in melting rock and then frozen, rather than a dark place of smooth shapes comfortable to touch, surface polished by water dripping on limestone and through soil,  the thing we would usually see as a cave.  It also felt like it belonged to a structure way smaller than the Earth. Maybe a warehouse carved out in  a meteorite somewhere in the space.

The cave or the warehouse, whichever it was, felt empty. Also the surrounding space was empty, maybe there was no life in the universe it belonged to. But still there was a of presence, that is of others’ existence, in place. Not just the warehouse, me and the void.

There I am, and before thinking for a moment, before having a proper chance to contemplate where am I, what am I, why am I all alone, and what may being dead mean in fact, I am instantaneously aware of presence of gods. The place still being empty.

Deities don’t manifest themselves in any way in particular. They just make me me aware of their presence, but they keep their distance, so the place is empty and I am alone. They are the Hindu trinity: the Creator, the Destroyer and the Preserver. They may be software engineers in their lab coats, or maybe psychiatrists, all speaking proper a bit too careful English with a trace of an accent. It strikes me they may not be gods, I am an atheist after all, but they fit so well: they create, they destroy and they preserve. They are the only folk around and they wished to explain to me the current condition.

After all, I had just died unexpectedly and basic decency requires some sort of explanation. But there is nothing profound coming from them as an explanation. Rather they speak the known corporate crap, we are so used to as consumers and voters and employees. They  express sincere concern for my inconvenience, but since they don’t hold any further plans for me in their script I had been terminated. And while being terminated I need to be told I have been terminated, and the message always must include apologies for the inconvenience. So it’s more convenient to pass I assume.

I am kind of like let me hear you out, OK morons, I wish not to be disrespectful here but that’s your message is not good enough , we need to talk through every step of the process, and figure out my way, I understand that you have a script, but frankly even though I don’t have a script or any particular plans for what to do with the say another 40 years to come, I have a reasonable expectation of continuity of my not bothering anyone taking care of my own shit, correct?

They say, yes, sure, technically speaking you do, and usually, we issue a notice like that you get a cancer or you have two accidents before we kill you in the third one, but we have quite some margin to decide.

I say fine, good, nobody is making a drama here, but I am kind of halfway through my life, and I am not in a position to accept you screwing it up for me, so here is what we will do – let me take a look at your script and I will just fill it in with plans for me, and everyone is happy.

They say it’s not going to work because they discontinued the whole script because they didn’t like it, but after some internal discussion, which they are having as they speak, if they can have it approved (you have a board to approve your stuff assholes? – I wonder but don’t dare to ask), they could offer me a continuous position in another script. I sense that it’s going in the right direction and control over my situation here is just  slipping away. I don’t mind changing the surroundings, or living in a different script, but don’t want anything too extreme, so I ask what do they have on their minds.

They say, hey, don’t worry it will be your life, basically  you will be yourself and will remember everything, you will have continuously the same self identity, just the reality will be altered, but as we mentioned we don’t have your old reality available anymore. How different, I ask. No big deal, socially maybe a bit. I don’t really respond to that because I want to think for a moment what to say.  These guys have been pretty open so far, so maybe I can get a better deal. Need to talk them into it.

But before the specifics of the said better deal form in my mind, and I can start talking to them, I am already gone from that place.

I find myself in another reality, but with my own identity, as they said it would be. And I stand in the  lobby of a law firm I used to work in the US and then when I moved back, but the building design, landscape out of the windows are so completely unfamiliar. Also, the technology around, the furniture, appliances, art on the walls, elevators, none of these resemble  anything I knew. I could understand perfectly the function of the objects around, but this office world was  way more stylish than anything from before I died. The fashion was different, not completely, it was like something between hipster and stylish sixties.

So I pass the lobby, and nod to people there, and people know me, and that I see that  I belong there in the office. So far so good I think, let’s get to work. Apparently it is a busy Monday morning, and I enter  a large room with couches and low armchairs, and large dimmed windows, and there is a figure I know so well – the managing partner, I worked with some ten years before I died. He turns to me and says hi, good to see you Michał, we need to look into some projects.

Than he looks at me closely, and asks what happened to my clothes. I ask, what does he mean. He says OK I get it, you misplaced labels.

I ask what labels. He smiles, and says – you’re wearing blue, green and red, and these don’t match at all.

I look at my clothes and I say he’s wrong and I wear just blue and grey.

And he says, well they all know in the office that I am color-blind and need stickers on my clothes so I can match them. No big deal, he says, just that I need talk to my dry cleaners so they don’t screw up next time.

Then I woke up for good, for a moment unsure if I died or not. But figured I was back in my bedroom. And could see red, blue and green.

So I knew dying was a dream. So far, so good.

Posted in any | Comments Off on Dreams

Late night reading

Stumbled upon a few lines late last night and couldn’t help reading these again and saving for later, so maybe for sharing, maybe just to keep, as a reminder or so. Why? Not because the piece made me see the scene – these girls and their emerald-green drink, and the awful black tea, and little crystals of white sugar everywhere around the teacup. Well, of course, I saw it all and much more, but that’s not the point. Books make us see scenes all the time.

It also took me somewhere else – to a couple of casual, forgotten and maybe not entirely significant moments back in time. Now, all of a sudden I was there: sitting outside a bakery at Rue de Buci, right on the corner with Rue de Siene; that’s just a stop for a snack and a coffee along one of my favorite walks in Paris. I walked across the river, and the streets were so calm and almost empty, as if the neighborhood was not up yet in the middle of the day, and I kept walking straight, turned right and here I am at a busy corner and don’t want to leave too soon, so I stay for a tart and a coffee.

At the same time, I thought of another place from the past – an open-air cafe in Lijiang old town (a remote place in Yunnan province in China),where back in mid-nineties local coffee was served, some good fifteen years before Starbucks and coffee really got into China. So in Yunnan, coffee was there for a few decades already, probably came from the French in the nearby Indochina, as they introduced it along with decent bakeries and cheese, but these didn’t make their way to China. It wasn’t anything special back then, while I had it on a sunny February afternoon, but it was fun to have a proper espresso made from the local beans in the middle of the green tea land.

In Paris I sit outside with my daughter, we’re both wearing leathers, mine is black and hers is pink and our tarts are awesome and we like the napkins and enjoy watching the street.

In Lijiang I sit there as a young guy, the air is February crisp but I have my face in the sun, and there are my two classmates there, and they like the sun as well (we came from another place in China, a grey-sky-winter place), and I finish up my coffee and look into the cup just to think how good it was and see a little line of coffee crumbs on the inside of the cup.

Sitting outside, the chill of the air and the warmth of the sun make me feel content, excited even, and I think about what great things life may bring. But in Paris, though it’s a nice moment, there is no hope for excitement as my life is already half-way done.
***
So here is the piece I just read (by one Natalie Goldberg):

“I look up from my notebook. There are two women across from me. They are both drinking a deep green liqueur. No, not deep green, it is emerald green with ice. They are young, in their late twenties. The one with blond hair is wearing big circle earrings and has a dark fur coat flung over her seat. I look at their small table. There is a round silver tray with a white cup and saucer, two cubes of sugar, a white teapot with Ceylon tea brewing in it, and a small white pitcher with hot water to dilute the tea. I look at the space between the small pitcher and the teapot and my mind remembers a large boulevard in Norfolk, Nebraska. It is summer there and a man in his twenties lives in an upstairs apartment. I broke his heart. I did not mean to. It was years ago. His loving was sweet and tender and simple. I didn’t believe in love then. My marriage had just broken up. I remember Kevin sitting at his kitchen table, his glasses off, wearing a yellow nylon shirt. I had a dream then that I was looking for lemon lozenges in the aisle of a drugstore. In the next aisle was Kevin and in the aisle past that was Paris. I knew about Paris and I woke up happy.”

Posted in any | Comments Off on Late night reading

Wybory, czyli iluzja wyboru

Wybory to iluzja – przyzwyczajenie utrzymywane niby dla pokrzepienia serc, dla zachowania pozorów, ale całkiem niepotrzebne i prowadzące do fasadowej harmonii społecznej.

Umówiliśmy się, niespecjalnie nad tym zastanawiając i nie za bardzo pamiętamy, kto z kim się tak umówił, że liberalna demokracja to najlepsze co można mieć, że wybieramy swoich przedstawicieli spośród siebie samych i owi przedstawiciele będą wiedzieć w jakiej rzeczywistości społecznej i prawnej najlepiej nam żyć. I będą to wiedzieć lepiej od nas.

I jakoś nie bardzo to święto demokracji wychodzi w praktyce. I każde ze szlachetnych założeń okazyje się mityczne. Po pierwsze – wybrani przedstawiciele są w najlepszym wypadku tak samo clueless jak my, co do tego w jakiej rzeczywisctości będzie najlepiej i jak taką najlepszość osiągnąć. Może nawet bardziej niepewni są od nas, bo paraliżuje ich obawa przed niewiedzeniem skoro wiedzieć powinni. Więc plotą swoje trzy po trzy zamiast się zastanowić.

Po drugie – wybieramy pierwszych lepszych, przy pozorach zastanowienia i pozorach wyboru, albo sfrustrowani nadmiarem i niedosytem jednocześnie (bo czym różni się wybór między 20 rodzajami niepasujących jeansów w Galerii Mokotów od wybierania między kilkunastoma niepodobnymi do niczego kandydatami na prezydenta? – zob. Barry Schwartz, Paradox of Choiceksiążka i wykład TED) nie wybieramy nikogo, bo wybieranie nas męczy, zniechęca i paraliżuje. Samym nam się nie chce kandydować, rozmyślać o ekonomii, prawie i inżynierii społecznej, bo jesteśmy zbyt głupi i zbyt leniwi, więc co się dziwić, że nasi przedstawiciele też są zbyt głupi i zbyt leniwi, a jeszcze niczego od nich nie wymagamy, bo też nam się nie chce zastanawiać czego by tu wymagać, więc radykalna mniejszość idzie krzycząc “Polska!” albo “złodzieje!“, mniej radykalna mniejszość głosuje, a milcząca większośc milczy.

Po trzecie mechanizm kandydowania i wybierania na wstępie promuje ekstrawertyków, oględnie mówiąc nie najmądrzejszych, ale mówiących dużo i najlepiej o niczym, mniej lub bardziej uwodzicielskich głuptasów, którzy nie mieli nigdy cierpliwości nauczyć się czytać książek (a co dopiero ich pisać) , ani nad niczym się zastanowić. Znamy to zjawisko ze szkoły, nieprawdaż? Kto zostawał zawsze przewodniczącym szkoły: dziewczynkowaty nerd z piegami, w okularach i piątkami ze wszystkiego? Wątpię. Zatem proces wyborczy nie daje grupy faktycznie reprezentującej wyborców, ale też nie rekompensuje tego zafałszowania idei przedstawicielstwa wyłonieniem grupy posiadającej cechy szczególnie predestynujące do zarządzania krajem (egzekutywa) i kształtowania rzeczywistości społecznej (legistalywa).

Po czwarte wybory są dość drogie. Samo drukowanie kart do głosowania i liczenie głosów może nie – to kilkadziesiąt, może stokilkadziesiąt milionów złotych, ale przecież mówimy też o kosztach pośrednich – wydatkach na cykliczne kampanie wyborcze, wydatkach na utrzymywanie partii politycznych, ale też o czasie poświęcanym przez media na codzienne pojedynki intelektualne dziennikarze i politycy przeciwko całej reszcie (Staniało, zdrożało panie pośle? – Ależ, gdzie tam pani redaktor, bułki nie chcą stanieć. – Jak nie chcą, chcą, ale nie mogą stanieć!) – to są setki milionów godzin rocznie, które rodzice klasy średniej i niższej mogliby przeznaczyć na rozmowę z dziećmi (choćby i powierzchowną) o demokracji ateńskiej i religii w Kartaginie i patentach farmaceutycznych. No ale nie przeznaczą, bo nie mogą, bo przecież Fakty. Koszty społeczne demokracji są olbrzymie.

Po piąte wybory służą innemu niż deklarowanemu celowi – nie zapewnieniu legitymacji władzy ustawodawczej i wykonawczej (legitymizowaniem władzy sądowniczej nikt się już na szczęście nie kłopocze) – ale zaspokojeniu niskiej potrzeby medialnych igrzysk (Czy nasi wygrają?), pozbawionym znaczenia jak EURO2012 i budowaniu fasady demokracji, udawanego porządku i sensu. Wybory to iluzja prawa – podobnie jak iluzją, zasłoną dymną jest porządek prawny (regulacje) w innych dziedzinach – polecam fenomenalny artykuł profesora Jona Hansona (po latach uważam go za jedną z osób, które wywarły największy wpływ na moje myślenie o prawie) – The Illusion of Law: The Legitimating Schemas of Modern Policy and Corporate Law.

Osiągnąć wszystkie te deklarowane i faktyczne cele można prościej, taniej i efektywniej – losując prezydenta, losując członków parlamentu i samorządów lokalnych, dbając raczej o reprezentatywność kandydatów do władzy ustawodawczej i jakość/kompetencje kandydatów do władzy wykonawczej. Jest o tym już trochę researchu – A.Pluchino, C.Garofalo, A.Rapisarda, S.Spagano, M.Caserta, Accidental Politicians: How Randomly Selected Legislators can Improve Parliament Efficiency, Physica A 390 (2011) 3944-3954 i link do darmowej wersji] – choć do Faktów (i Faktów po Faktach) jakoś ciężko mu dotrzeć.

***

A teraz to samo, tylko bardziej sentymentalnie:

Mamy po kilkanaście lat, wiaderka z klejem i rulony plakatów. Oklejamy Kraków zdjęciem Wałęsy i Johna Wayne’a. Już niedługi ukaże się drukiem słynny esej Fukuyamy. W każdym razie czujemy, że dzieje się coś niezwykłego – upada komunizm, choć jeszcze nikt nam nie objaśnił, że oto kończy się historia.

W wyborach bierze udział 62,7% uprawnionych do głosowania. Kandydaci spoza koalicji rządowej zdobywają wszystkie z przyznanych im mandatów. O wyborach i końcu historii z łaskawą życzliwością pisze NY Times.

Na kolejne ważne wybory trzeba poczekać do 2003 – w referendum akcesyjnym (dwudniowym, żeby pomóc frekwencji) bierze udział 58,85% uprawnionych, z których 77,45% głozuje za przystąpieniem do UE. Oznacza to, że za przystąpieniem Polski do UE opowiedziało się zaledwie 45,58% uprawnionych do głosowania.

New York Times, 22 października 1989: “Global warming, nuclear proliferation, chaos in Eastern Europe. Even the notion of post is over. Post-modernism, post-history, post-culture (…) – we’re beyond that now. (…) What follows post? Samuel P. Huntington, Eaton Professor of the Science of Government at Harvard, has a name for the latest eschatological craze: “endism.” (…) What was Fukuyama saying? That the end of history is good news. What is happening in the world, claimed his eloquent essay, is nothing less than ”the triumph of the West.” How else to explain the free elections in Poland and Hungary? The reform movement in China? The East German exodus? In Fukuyama’s interpretation, borrowed (and heavily adapted) from the German philosopher G.W.F. Hegel, history is a protracted struggle to realize the idea of freedom latent in human consciousness. In the 20th century, the forces of totalitarianism have been decisively conquered by the United States and its allies, which represent the final embodiment of this idea – ”that is, the end point of mankind’s ideological evolution and the universalization of Western liberal democracy.” In other words, we win.” (http://www.nytimes.com/1989/10/22/magazine/what-is-fukuyama-saying-and-to-whom-is-he-saying-it.html)

New York Times, 4 czerwca 1989: “Understandably, the campaign has provoked varying official reactions throughout the Eastern bloc, deepening the ideological divide between countries fired more or less by the momentum for change coming from the Soviet Union. In Hungary, where moves toward change are apace of those in Poland, attention in the official press and television has been rapt. (…) In East Germany and Czechoslovakia, where resistance to change is strong, reports on Poland were limited and hostile.” (http://www.nytimes.com/1989/06/04/world/poland-flirts-with-pluralism-today.html?pagewanted=2)

***

Wybory prezydenckie w 2010, z wysoką jak na polskie realia frekwencją 55,31% w drugiej turze (wywołną wzmożeniem barskich i targowiczan) wygrywa Bronisław Komorowski zdobywając 53,01% głosów. To oznacza, że na obecnego prezydenta głosowało 29,31% uprawnionych.

Z wyborów tych warto zapamiętać polemikę o tym co ważne, jaka wywiązała się między kandydatami: Andrzej Olechowski powiada – “Wybierz swój dobrobyt“, na z wyższością Marek Jurek – “Najważniejsza jest wiarygodność“, którego z kolei strofuje Jarosław Kaczyński: “Polska jest najważniejsza“; dyskusję kończy jak zwykle koncyliacyjnie Bronisław Komorowski – “Zgoda buduje“. Dobrobyt, Polska, wiarygodność i zgoda – to właśnie zwykle jest do wyboru.

Wybory parlamentarne w 2011, z frekwencją 48,92% wygrywa z wynikiem 39,18% głosów PO (zaledwie 18,30% uprawnionych do głosowania), która tworzy gabinet wraz z PSL (odpowiednio 8,36% oddanych głosów i 3,90% uprawnionych do głosowania). Oznacza to, że koalicja rządowa (hmm… większościowa) reprezentuje głosy zaledwie 22,2% wyborców.

Co ma do powiedzenia o Polsce po 2010/2011 roku New York Times? Drukuje słabowity esej Sierakowskiego, z jednym dobrym akapitem: “Catholic censorship, unlike Communist censorship, is characterized by the fact that Catholics themselves do not know what exactly they are censoring. None of the protesters had seen Mr. García’s play. Not that it mattered to them. Communists once boasted that they knew the future, and in this sense, Catholics are similar: A work of art must be banned before it corrupts our souls.” (Poland’s Culture War Rages On).

Posted in any | 1 Comment

Prawo boskie i prawo ludzkie

Profesor Andrzej Rzepliński, prezes polskiego TK został odznaczony zagranicznym orderem (?) Pro Ecclesia et Pontifice, co w krajowej prasie wywołało zainteresowanie – mniej i bardziej życzliwe dla odznaczonego i pomysłu nadawania kościelnych odznaczeń członkom sądu konstytucyjnego w ogóle. Nieliczni krytykują Rzeplińskiego (Osiatyński: Niestosowność, chciałoby się powiedzieć, nieprzyzwoitość, bo ja wiem, fundamentalna, ale nieprzyzwoite byłoby nieprzyzwoitość wprost nazywać nieprzyzwoitością, więc niefortunność może; Sroda: O naprawie Rzeczpospolitej utraconej nadziei), większość milczy albo frasuje się (Ostrowski w Polityce: Olaboga, jak niestosownie!), niektórzy chwalą (Niesiołowski w telewizji: Zaszczyt), albo relacjonują rzeczowo (Gość Niedzielny). Największą wesołość budzi chyba sam odznaczony, który rezolutnie dzieli się radością (z odznaczenia, ale i opuszczonych klasówek z historii): “Jestem szczęśliwy, bo jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem. To Kościołowi zawdzięczamy w dużej mierze to, że po latach zaborów i totalitaryzmów możemy mówić i myśleć po Polsku – mówił profesor Andrzej Rzepliński, odbierając Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice.” i równie rezolutnie broni się przed zarzutem stronniczości (coś tam o źrenicy konstytucji i mordowaniu zwierząt).

Najlepszym komentarzem do sporu światopoglądowego i konstytucyjnego, który wywołał prof. Rzepliński jest znakomity esej polskiego teologa i filozofa, ks. prof. Jerzego Bajdy, na który trafiłem onegdaj.

Panie i Panowie, pod rozwagę:

***

Chrześcijańskie korzenie europejskiego prawa

Wszelkie prawo pochodzi od Boga, w tym prawa człowieka, które Bóg dał nam zawierając przymierze z Żydami podczas ich wyjścia z ziemi niewoli. Pierwszym aktem prawnym regulującym prawa człowieka jest Dekalog. Uzupełnieniem Dekalogu w Nowym Testamencie jest zasada równości i sprawiedliwości społecznej („nowe przykazanie daję wam abyście się wzajemnie miłowali“), wraz z uszczegółowieniem o zakaz czystek etnicznych („nie ma Greka ni Żyda“), prawa pracownicze („a zatem pozostaje odpoczynek szabatu dla ludu Bożego“).

Pan Bóg dał człowiekowi zbiór uniwersalnych praw – Dekalog jest pierwszą, najważniejszą i jedyną doniosłą Deklaracją Praw Człowieka. W zasadzie nie deklaracją, ale konstytucją, bo nabycie praw przez człowieka nastąpiło w chwili gdy Mojżesz otrzymał kamienne tablice. Przekazanie Mojżeszowi tablic było aktem konstytutywnym, a nie deklaratywnym – zatem Dekalog jest Najwyższą Konstytucją Praw Człowieka. Wszelkie ludzkie dokumenty, jak międzynarodowe konwencje, karty praw, czy narodowe konstytucje – są jedynie odzwierciedleniem zamysłu bożego nadania praw człowiekowi oraz deklaracjami przestrzegania przez człowieka prawa bożego.

Ludzkość przyjęła nadane prawa z boskiego nadania, lecz przedstawia je oszukańczo jako dorobek humanizmu, oświecenia i krwawego terroru w dobie rewolucji francuskiej. Choć błędy poznawcze łatwo sprostować wskazując na Dekalog, a także Stary i Nowy Testament, to przekłamanie to prowadzi do fałszywego rozumienia praw człowieka.

Wielkim nadużyciem (tu nikt z nas nie jest bez winy – Stwórcy żałowano nawet drobnej invocatio Dei) jest konsekwentne pomijanie w dokumentach prawniczych, zarówno krajowych (jak Konstytucja, ustawy i rozporządzenia), jak i konsekwentnie we wszystkich międzynarodowych konwencjach, oraz w orzecznictwie sądów polskich (w tym Trybunału Konstytucyjnego RP), sądach międzynarodowych i europejskich (jak Europejski Trybunał Praw Człowieka i Europejski Trybunał Sprawiedliwości) – praw Boga. A przecież Dekalog nim nadaje prawa człowieka, deklaruje również mocą Bożego słowa prawa Boga.

Człowiek stawia siebie przed Bogiem, zaprzeczając systematyce aktu prawnego jakim jest Dekalog. Wywyższając siebie ponad inne stworzenie, człowiek zapomina, że prawa ludzkie nadane przez Boga są prawami mniejszej wagi niż prawa Boga. Niszcząc hierarchię prawa, człowiek odwraca się od Boga i narusza przymierze, dzięki któremu może cieszyć się własnymi prawami.

W preambule Dekalogu Bóg powiedział Mojżeszowi i ludzkości „Jam jest Pan Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli” ustanawiając tym samym pierwszą w dziejach ludzkości swobodę podróżowania w sprawach prywatnych, w interesach oraz celem podjęcia pracy, zastrzegając jednak dla siebie prawo kontroli ruchu podróżnych.

W pierwszym i trzecim przykazaniu Pan Bóg ustanawia boskie prawo do czci przez Stworzenie wyłącznie przysługujące Bogu. Pierwsze przykazanie ustanawia wolność sumienia człowieka, gdyż pozwala człowiekowi czcić innych, cudzych bogów, ale w drugiej kolejności. Pan Bóg ustanawia tym samym zasadę proporcjonalności – przejęte przez wszystkie demokratyczne systemy prawne, w tym prawo europejskie – chroni prawa boże nie naruszając praw ludzkich w większym niż to konieczne zakresie. Kładzie również podwaliny prawa autorskiego, patentowego i znaków towarowych, zastrzegając wyłączne korzystanie ze swojego wizerunku i zakazując sporządzania kopii Stworzenia („Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach poniżej ziemi“).

W drugim przykazaniu Pan Bóg ustanawia boskie prawo do godności, swojej autonomii i prywatności. Pojawia się w bożym planie ponownie zasada proporcjonalności, której próżno szukać w amerykańskiej czy francuskiej deklaracjach praw człowieka (zakazuje wzywania „nadaremno”) oraz – co równie ważne – dyrektywa interpretacyjna służąca niesprzeczności systemu prawnemu (uzasadnione wzywanie imienia bożego konieczne jest dla realizacji bożego prawa do bycia otoczonym kultem).

Należy postulować włączenie Praw Boga do wszystkich międzynarodowych oraz krajowych aktów prawnych (przynajmniej tych rangi konstytucyjnej) – podobnie jak włączono prawa człowieka. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której Dekalog implementowany jest do międzynarodowego i krajowego porządku prawnego tylko w części i to akurat w części wygodnej tzw. liberalnej lewicy.

Donośny niech będzie Głos Wielkich Pasterzy i Doktorów Kościoła: „Od grobu św. Wojciecha pytam więc, czy wolno nam odrzucić prawo chrześcijańskiego życia (…) W imię poszanowania praw człowieka, w imię wolności, równości, braterstwa, w imię międzyludzkiej solidarności i miłości, wołam: nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi!” (słowa Ojca Świętego w Gnieźnie 1997 r.)

ks. prof. Jerzy Bajda, “Prawo boskie u zarania praw” w zbiorze “Europa Christiana“, Lomianki, 1999

Posted in any | 2 Comments

Verdi, Balkin i Warren

Robiąc z nudy i desperacji research o Puccinim (dlaczego zakończenie – literackie – Turandot jest tak beznadziejne, nieprzystające do świetnej historii?) trafiłem na artykuł (link za chwilę) i niezwykłą postać profesora prawa konstytucyjnego z Yale. Zaczyna on artykuł o Warrenie i piątej poprawce w taki sposób:

In December of 2000, Riccardo Muti, one of the most distinguished Verdi interpreters of his generation, opened the new opera season at Milan’s La Scala Opera House with a performance of Verdi’s Il Trovatore. The opening night at La Scala is not only the most eagerly awaited musical event in Italy; it is also one of the country’s most important social occasions. The usual attendees include politicians, aristocrats, movie stars, and upwardly mobile businesspeople, as well as the loggionisti, the diehard opera fans who wait in line for hours for standing-room tickets at La Scala, and who “are known for shouting out their candid appraisals of the singers from the upper galleries.” Muti’s performance was important for another reason: it began a yearlong celebration of the one hundredth anniversary of Verdi’s death, featuring many performances of the beloved composer’s operas. Muti’s Il Trovatore featured the thirty-two-year-old tenor Salvatore Licitra, whom some critics had dubbed “the new Pavarotti.” (Licitra, blessed with the most golden and powerful voice, was, sadly, to die eleven years later from injuries sustained in a motor-scooter accident.)

***

Kontynuuje potem  brawurowo mieszcząc się gdzieś między szaleństwem, banałem i geniuszem.

Posted in any | Comments Off on Verdi, Balkin i Warren

Liczni, dostępni i tani

Nie mam czasu napisać porządnej notki, a w zasadzie skończyć, bo kilka mam w notatniku. Zatem tylko coś szybkiego, twittowego niemal:

Dzisiejszy frontpage na Polskim Prawniku nastroił mnie dość sentymentalnie – 11 lat temu zaczęło się od artykułuniewinnej dyskusji w Tygodniku Powszechnym.

Teraz – co wówczas było niewyobrażalne dla samych zainteresowanych – rocznie przybywa więcej prawników z tytułami zawodowymi, niż wtedy było na rynku adwokatów.

Jak tu się nie cieszyć z takiego newsa?

Posted in any | Comments Off on Liczni, dostępni i tani