Rankingi firm prawniczych

Pod koniec ubiegłego tygodnia ukazał się ranking kancelarii prawniczych Rzeczpospolitej. Przegapiłem to wydarzenie zamknięty przez część tygodnia w dusznej sali konferencyjnej, w biznesowej dzielnicy niezbyt ładnego zachodnioeuropejskiego miasta. Nie kupiłem więc Rzeczpospolitej, choć co roku z przyjemnością przeglądam papierowe wydanie rankingu.

Kryterium oceny firm w głównej części dorocznego rankingu Rzeczpospolitej jest liczba prawników pracujących w tych firmach. Im więcej prawników, tym lepiej. Do tego pojawiają się są mini-rankingi branżowe, z których można się dowiedzieć która kancelaria jest liderem w IP, która w litygacji, a która w M&A – gdzie ocena wynika ze wskazań innych uczestników rankingu.

Choć ranking Rzeczpospolitej to żart z idei rankingu, nie ma on w zasadzie konkurencji. Od czasu do czasu rankingi firm prawniczych publikuje polski Forbes. Nie jestem jednak pewien regularności i metodologii. Pojawiają się prawdziwie humorystyczne inicjatywy pt. instytucja no-name rankinguje kancelarie no-name. Choć nie sądziłbym, że ktoś może sugerować się miejscem w rankingu Rzeczpospolitej, to wygląda na to, że polski biznes nie sięga do Chambersa ani Legal500, tylko do Rzeczpospolitej. Dlaczego ten ostatni jest bezwartościowy, to chyba oczywiste – z liczby prawników nie wynika absolutnie nic o jakości usług i osiągnięciach zawodowych prawników, ani o pozycji samej firmy. Prawdziwy wgląd w kondycję firm prawniczych, w to jak faktycznie radzą sobie na rynku, daje przeanalizowanie podstawowych danych finansowych. Patrzymy na przychody, liczbę zatrudnionych prawników i liczbę partnerów: dowiemy się czy firma jest dobrze zarządzana (ile z przychodów trafia do partnerów), ale przede wszystkim jak rynek wycenia jakość pracy prawników (im mniej prawników i wyższy wynik – tym lepiej to o firmie świadczy). Tych danych Rzeczpospolita jednak nie analizuje. Z ostatniego rankingu można się dowiedzieć, że w Polsce Dentons (Salans) przy 163 prawnikach generuje 130,5 mln PLN (800K/prawnik), CMS 145 prawników – 98 mln (675K/prawnik), DZP 78 prawników i 75,6 mln (970K/prawnik), SKS 114 prawników – 92,2 mln (800K/prawnik). Nie wiadomo jaka część przychodów trafia jako zysk do podziału między partnerów. Nie widomo też nic o pozostałych kancelariach. Patrząc na liczby, które Rzeczpospolita pokazała w tym roku – liderem rankingu powinien być DZP – którą klienci najbardziej cenią za jakość, bo najwyraźniej są skłonni płacić najwięcej (każdy z prawników generuje niemal milion złotych przychodu).

Rynkiem dobrze zmierzonym i opisanym jest oczywiście amerykański. Dwie najefektywniejsze i najbardziej prestiżowe firmy (choć obie stosunkowo młode – daleko im do stukilkudziesięcioletniej historii “white shoe“) to Wachtell (tradycyjnie silne M&A) i Quinn Emanuel (litygacja). Pierwsza z nich ma tylko 217 prawników (niewiele więcej niż polski Dentons) w dwóch biurach, którzy generują przychody na poziomie 550 – 600 mln USD rocznie, a jej partnerzy przeciętnie zarabiają rocznie 4,4 mln USD. Druga ma w 11 biurach 600 prawników zajmujących się wyłącznie litygacją, którzy wypracowują rocznie 700 – 800 mln USD, a partnerzy przynoszą do domu przeciętnie 3,6 mln USD. Obie firmy utrzymują powyżej 60% zyskowność. Dla porównania – największa na świecie kancelaria Baker & McKenzie zatrudnia 10.000 prawników (w 72 biurach), którzy generują wspólnie 2.3 mld USD.

W 2012 American Lawyer pokusił się o wycenę poszczególnych firm prawniczych, z perspektywy funduszu private equity, który szuka tego typu inwestycji (co oczywiście nie wchodzi w grę w większości jurysdykcji). Jak to zrobić opisuje The Economist, który mierzy prestiż amerykańskich kancelarii jako pracodawców, badając opinię prawników pracujących w konkurencyjnych firmach (jak się nawzajem postrzegają).

W jakości usług na polskim rynku (ale nie w pozycji kancelarii) pozwalają się zorientować wyłącznie rankingi zagraniczne – Chambers & Partners i Legal500. Przygotowanie takiego rankingu wymaga nieco pracy. Od recenzujących, którzy kontaktują się z klientami prawników i konkurencyjnymi firmami prawniczymi, sprawdzając referencje – to setki majli i rozmów telefonicznych. Także od recenzowanych – w kwestionariuszu nie wystarczy wpisać liczby prawników, adresu biura i specjalizacji, ale trzeba opisać czym się zajmujemy, jakie projekty zostały zrealizowane i kto może się na temat naszych usług wypowiedzieć.

W przypadku rankingu Rzeczpospolitej nakład pracy jest wprost proporcjonalny do jakości.

Posted in BigLaw, polskie rynek | 3 Comments

Chińskie IP w Bukareszcie

Niedawno brałem udział w seminarium w Bukareszcie zorganizowanym przez tamtejszą wiodącą organizację przedsiębiorców (Rumuńska Izba Handlowa i Przemysłowa), dla menedżerów zainteresowanych chińskim rynkiem.

Mówiłem o chińskim prawie własności intelektualnej, reprezentując China IPR SME Helpdesk (edukacyjno-doradczy projekt Komisji Europejskiej skierowany do europejskiego sektora MSP). Wśród prelegentów był jeszcze Węgier (wykształcony w Chinach i szefujący węgiersko-chińskiej izbie gospodarczej) i menedżerowie rumuńskich firm inwestujących w Chinach.

Z osobna żaden z tych komponentów nie był szczególnie egzotyczny. Jednak Q&A na temat chińskiego prawa patentowego z dyrektorem technicznym firmy zapewniającej hydraulikę dla platform wiertniczych na Morzu Czarnym stanowiła inspirującą, wschodnioeuropejską namiastkę “elbow rubbing” z międzynarodowym biznesem.

Zaintrygował mnie wątek przewijający się w otwartej dyskusji, który nazwałbym kulturowo-etatystycznym. Dyrektor z dużego zakładu przemysłowego opowiada o nieszczęsnej transakcji: chiński partner oszukał, stal miała być dobra i tania, a okazała się tylko tania, więc na koniec dnia wyszło bardzo drogo, bo trzeba kupić lepszą. To jednak nie koniec kłopotów, bo ani chińska ambasada, ani rumuńskie ministerstwo nie garną się do pomocy. Więc może powiedziałbym jakie działania w takich sytuacjach podejmuje Komisja Europejska?

Pierwsza myśl – czy ja dobrze słyszę, ale chyba dobrze, bo angielski dyrektora bez zarzutu, a kilkanaście osób na sali potwierdza, że to ważne pytanie – no właśnie, co w tej sytuacji zrobi Komisja? Myśl druga, przewrotna – nazmyślać i naobiecywać w imieniu Komisji, zdyskwalifikowana zostaje zanim się na dobre pojawiła. Udaje się z pomocą rozmówców odtworzyć fakty i klauzulę arbitrażową (w przybliżeniu).

Skracając – sugestia żeby zacząć od dochodzenie roszczenia kontraktowego w arbitrażu, po uprzedniej analizie korzyści i kosztów (“don’t throw good money after bad”), a dopiero w dalszej perspektywie (jeśli nie będzie jak windykować) pomyśleć o szukaniu jakiegoś publicznoprawnego wytrycha (np. zbadanie definicji inwestycji w rumuńsko-chińskim BIT) zostaje przyjęta z rezygnacją. Arbitraż w Paryżu, drogo…

Zastanawiam się potem nad tym co usłyszałem i odnajduję w sobie więcej “wolnorynkowca” niż bym się spodziewał: pomoc publiczna (czy to krajowa, czy wspólnotowa) niech obniży przedsiębiorcom koszty transakcyjne na atrakcyjnym, ale trudno dostępnym rynku (eksport) czy w sektorze (R&D). Ale spodziewać się, że państwo przejmie ryzyka biznesowe przedsiębiorcy?

Posted in Chiny | Tagged , , | Comments Off on Chińskie IP w Bukareszcie

Jak zostałem prawnikiem

Studiować prawo postanowiłem wiele lat temu, umierając z nudów na lekcji fizyki. Zajęcia na studiach okazały łatwiejsze, ale niestety równie nudne co szkolna fizyka. Nie sprawdzano jednak obecności, a z dzisiejszej perspektywy i tak uważam, że poświęciłem im za dużo czasu. W podtrzymaniu zainteresowania całym tym przedsięwzięciem najbardziej pomógł mi Turow i kilka studenckich seminariów zagranicą.

W połowie studiów wyjechałem na stypendium do Chin, gdzie zajęcia okazały się niewiele ciekawsze, ławki twarde, sale nieogrzewane (taki zwyczaj  w szkołach na południe od Jangcy) i do tego sprawdzano obecność. Była za to dobra biblioteka. Nauczyłem się, od przypadkowych towarzyszy podróży i równie przypadkowych przyjaciół z akademika, mówić po chińsku, angielsku i rosyjsku. Z takim kapitałem wróciłem do Polski i zacząłem pracować w firmie doradczej z nazwiskami nieżyjących londyńskich księgowych w nazwie. Pracowałem z polskim i irlandzkim szefem – pierwszy nauczył mnie pisać po polsku, a drugi po angielsku. Tę umiejętność uważam za bardzo przydatną i polecam każdemu prawnikowi.

Pociągały mnie coraz bardziej prawne i kulturowe aspekty międzynarodowego biznesu, a że w moim rodzinnym miasteczku nikt się tym nie zajmował, założyłem własną firmę prawniczą i zacząłem pracować nad transakcjami klientów w Chinach, Indiach i na Ukrainie. Praca była bardzo ciekawa i sporo podróżowałem, ale spotkania miałem zwykle nie w biurowcach z chromu i szkła, ale w fabrykach na końcu świata. Wplątałem się też niechcący w spór z samorządem adwokackim, którego działacze pamiętali z prawa konstytucyjnego jeszcze mniej niż ja, przez co przegrali przed sądem, a ja nabrałem mylnego przekonania, że z innymi prawnikami wygrywa się łatwo.

Uważałem wówczas, że najlepiej jest być prawnikiem z dyplomem z Ivy League i pewnego dnia dostałem email z Harvardu, że zapraszają i gratulują. Podobny email dostała moja żona, więc spakowaliśmy walizki i ustawili się w kolejce po wizę. Na Harvardzie, zupełnie jak na UJ, nie sprawdzają obecności na zajęciach, ale na tym podobieństwa się kończą. Dość powiedzieć, że nie opuściłem żadnych. Fizykę też pewnie mają ciekawszą.

Po studiach pracowałem w świetnej amerykańskiej firmie prawniczej (z nazwiskami trzech nieżyjących nowojorskich Żydów w nazwie – tu ciekawy artykuł o takich firmach). Miałem duże okno z widokiem na ocean, stację kolejową i południową obwodnicę Bostonu. W związku z tym ostatnim w piątkowe wieczory wpadała do mnie połowa firmy żeby sprawdzić korki przed weekendem. Dni spędzałem na wnikliwym przeglądaniu kartonów z ważnymi dokumentami (jeden bardzo podobny do drugiego). Czasami je opisywałem, a czasami kreśliłem czarnym mazakiem – w zależności od tego czy chodziło o transakcję (due diligence), czy litygację (discovery). Potem przeniosłem się do Warszawy, z widokiem z okna na kawałek parku  i miałem różne odpowiedzialne zadania, jak pisanie umów i memorandów oraz chodzenie na spotkania w ważnych spółkach. Prawnikiem zostałem chyba dopiero wtedy.

Posted in bio, Harvard | Tagged , | 10 Comments

Upadek branży prawniczej

Zagraniczna prasa od lat donosi, że branża prawnicza nie jest już, a co gorsza nigdy nie będzie, tym czym była  (Big Law Steps into Uncertain Times,  Why More Law Firms Will Go the Way of Dewey & LeBoeuf). Upadek Big Law doczekał się przystępnych opracowań ekonomicznych, a nawet artykułów naukowych. Od lat (jeszcze przed “kryzysem”) funkcjonuje dobry blog o prawniczym biznesie – Adam Smith, Esq.

Recesja na rynku i podupadanie firm prawniczych przekładają się na  prognozy dla szkół kształcących prawników (NY Times: Law Schools’ Applications Fall as Costs Rise and Jobs Are Cuta ostatnio ABA Journal: Massive Layoffs Predicted…). Problemy i bankructwa firm prawniczych, mniej ofert pracy i niższe zarobki, spadek liczby studentów etc. Kolejny dobrze opisany temat to zmiana modelu biznesowego (np. AxiomLaw) dla całej branży.

Dotąd nie odnosiłem tego do polskiego rynku.  Branża prawnicza jeszcze na dobre nie rozwinęła w Polsce skrzydeł, więc problemy rynków dojrzałych powinny ją ominąć (wartość usług prawniczych w Polsce to 200- 300 milionów euro, przy kilkudziesięciu miliardach w UK i kilkuset miliardach w USA). Nie tylko rozmiar popytu różni nasz rynek od dojrzałych – także rozmach (zatrudnienie) i historia firm prawniczych. Ledwie kilkadziesiąt  kancelarii w Polsce zatrudnia więcej niż 10 prawników, przy kilkuset  firmach zatrudniających więcej niż 100 prawników w USA. Ledwie dwadzieścia lat istnieją najstarsze z dużych/średnich polskich kancelarii, gdy spośród największych w USA większość działa od kilkudziesięciu lat, kilkanaście od stu lat (w tym wszystkie firmy z tzw. White Shoe), a kilka ma historię naprawdę długą – jak Cadwalader, Wickersham & Taft – funkcjonująca nieprzerwanie od 1792, czy Cravath, Swaine & Moore – założona w 1819.

Co mnie skłoniło do zmiany zdania? Lektura serwisu Polski Prawnik (to taki lokalny The American Lawyer). Bywa ona zabawna (sporo humorystycznych quizo-newsów w rodzaju “Czy wiesz w czym specjalizują się nowi radcowie w Kancelarii Dittmajer?”albo “Kancelaria CWW: specjalizacja jest przyszłością rynku usług prawniczych“), ale bardzo często jest po prostu pouczająca – polski rynek prawniczy jest mało przejrzysty (kto i za ile pracuje dla jakiego klienta), a Polski Prawnik stara się go opisać.

Ostatnio Polski Prawnik informował o rozstrzygnięciu przetargu na obsługę Ministerstwa Skarbu Państwa w prywatyzacji Energa S.A. (komplet dokumentów przetargowych tutaj). Wygrał warszawski Linklaters proponując wynagrodzenie w wysokości… 224 tys. złotych. Niewiele więcej proponowały inne międzynarodowe firmy prawnicze: Allen Overy 250 tys. zł, White & Case 300 tys. zł, Norton Rose – 379 tys. zł, Clifford Chance – 435,5 tys. zł, Weil Gotshal – 608,5 tys. zł oraz K&L Gates – 659 tys. zł.

Warszawskie biuro Linklaters nie podzieliło dotąd losu innych biur w Europie Środkowo-Wschodniej w 2008 (z których niektóre radzą sobie na lokalnych rynkach całkiem dobrze), ale ostatnie lata nie były dla tej firmy szczególnie łaskawe (zob. The incredible shrinking law firm).

Warto w tym kontekście spojrzeć na zakres usług zlecanych doradcy:

Do zakresu przedmiotu zamówienia zalicza się wykonanie następujących „Zleconych Prac”: (1) doradztwo prawne na rzecz Skarbu Państwa w związku ze sprzedażą akcji Spółki,w ramach pierwszej oferty publicznej, skierowanej do inwestorów instytucjonalnych w kraju i za granicą, w tym w USA zgodnie z Regułą 144A, na podstawie międzynarodowego dokumentu ofertowego typu „International Offering Circular” („IOC”), której to ofercie może ewentualnie towarzyszyć emisja nowych akcji Spółki; (2) doradztwo prawne przy sporządzaniu umów z bankami inwestycyjnymi dotyczących oferowania papierów wartościowych (Mandate Letter); (3) doradztwo w zakresie dotyczącym zawierania przez Zleceniodawcę umów z podmiotami biorącymi udział w oferowaniu akcji, w szczególności zawarcia umowy gwarantującej powodzenie emisji (Underwriting Agreement) oraz innych związanych z nią umów (w tym umowy opcji stabilizacyjnej, jeżeli będzie zastosowana); (4) uczestnictwo w spotkaniach i telekonferencjach z podmiotami biorącymi udział w oferowaniu akcji, z doradcami Spółki biorącymi udział w pierwszej ofercie publicznej; (5)doradztwo w zakresie identyfikacji i eliminacji ryzyk prawnych związanych z przeprowadzeniem transakcji; (6) wydanie zwyczajowych opinii prawnych związanych z transakcją, w szczególności w przedmiocie zagadnień korporacyjnych, IOC oraz ważności i skuteczności umów, o których mowa w pkt 3; (7) świadczenie bieżącego doradztwa w zakresie dotyczącym transakcji.

Niezbędny będzie spory nakład czasu (skromnie licząc 1500 godzin pracy) i skorzystanie z pomocy prawników z amerykańskiego biura (a pewnie też angielskiego). Realistyczny koszt takiego projektu to 1,2 – 1,5 mln złotych. Zaproponowane 224 tys. wystarczy może na pensje najmłodszych stażem członków zespołu. Zabraknie budżetu na wynagrodzenia starszych prawników, koszty stałe, podróże, nocne telekonferencje z Nowym Jorkiem. Zabraknie też oczywiście pieniędzy dla partnerów. Gdyby całość dokumentacji była po angielsku (w tym prospekt) pomyślałbym – ok, mają wykupiony  ryczałt na kilkadziesiąt tysięcy godzin w Pangea3 (czy innym centrum outsourcingowym w Indiach – zob. artykuł w Economist), którego nie ma czym wykorzystać, więc warto sprzedać ten czas swoim klientom za jakąkolwiek cenę minimalizując stratę. Ale nie – część prospektu będzie po angielsku, ale część pracy, która nadaje się do outsourcingu do Indii jest minimalna (Rule 144A, a to i tak ostrożnie z uwagi na zalecenia ABA – plik pdf).  Na tym projekcie dla Skarbu Państwa  nie da się zarobić, więcej – nie da się do niego nie dopłacić.

Jeśli międzynarodowe kancelarie przestają być drogie, to co będzie dalej? Zmieniają model biznesowy? Co z jakością? Drapieżnictwo cenowe dużych wytnie z rynku małych? Część międzynarodowych wycofa się z polskiego rynku? Pewnie będzie wszystkiego po trochę.

Siedzę już z wiaderkiem popkornu przed Polskim Prawnikiem 🙂

Posted in BigLaw, rynki wschodzące, USA | Tagged | 8 Comments

Chiny: kultura prawna i jej praktyczne konsekwencje

Nawiązując do poprzedniego wpisu i wątku “trudnych inwestycji w Chinach i jeszcze trudniejszych M&A” mam kilka ogólnych uwag na temat chińskiego prawa, jako czynnika ryzyka. Niedawno natknąłem się  na ciekawy wywiad, którego w 2011 udzielił Wall Street Journal dr Bernd-Uwe Stucken, wówczas jeszcze partner zarządzający praktyką chińską w międzynarodowej kancelarii Salans (w międzyczasie Stucken zmienił barwy klubowe, a Salans awansował  do pierwszej ligi łącząc się z SNR Denton). Powiedział m.in. “On the surface, China has a relatively good set of laws. They’re constantly modernizing, and they’re learning from the experience of Western countries. The danger is that when you look into Chinese legal texts, they look familiar to those of us from the West. But the laws are applied in a different way. If you read the same document with a Western or a Chinese way of thinking you can come to different conclusions.”

Nieco dobitniej ujął to profesor Donald Clarke: For a Western-trained lawyer encountering Chinese law for the first time, a reaction other than perplexity is a bad sign — it means that one has not really grasped the depth of the problem of understanding. The evidence that something very different is going on seems clear enough: contract laws are full of mandatory provisions, while tax laws seem to be largely negotiable; judges until recently wore military-style uniforms in court; and the Constitution does not in fact constitute. [Puzzling Observations in Chinese Law: When Is a Riddle Just a Mistake?]

Chińskie prawo wydaje się na pierwszy rzut oka przejrzyste i łatwe do przyswojenia. Prawo spółek, prawo zobowiązań, regulacje rynku kapitałowego, czy wreszcie prawo antymonopolowe – to ustawy przyzwoicie napisane, nowoczesne i wzorowane na rozwiązaniach zachodnich. Jednak o faktycznej treści chińskiego prawa przesądzają akty podustawowe (kilkanaście rodzajów, nigdzie indziej nie znanych) wydawane przez organy administracji i tzw. Stały Komitet parlamentu, oraz interpretacje i wytyczne – z tych ostatnich największe znaczenie mają wytyczne Sądu Najwyższego. Dla zagranicznego prawnika i inwestora labirynt ten bywa kłopotliwy.

Historycznie chińskie prawo to zachodnioeuropejskie “implanty” (od niemieckiego BGB, które via japoński kodeks cywilny trafiło do chińskiego prawa zobowiązań, po amerykańskie prawo spółek), jednak osadzone w innych realiach. Mówiąc o tych ostatnich warto wspomnieć o kilku zaskakujących okolicznościach: w trzydzieści lat temu było w Chinach ok. 2 tysięcy prawników, a wszyscy skończyli studia przed 1949. Od rewolucji do lat osiemdziesiątych nie kształcono prawników, ale też nie było dla nich miejsca – między 1949 – 1978 nie było w Chinach prawa. Z małym wyjątkiem – przepisów dotyczących rozwodów wydanych w połowie lat pięćdziesiątych. Pierwsze dwie chińskie ustawy dotyczyły spółek z udziałem zagranicznym (1978 i 1979). Trzecia to kodeks karny (1979). Prawo cywilne to późne lata osiemdziesiąte (bez kompletnej kodyfikacji), prawo spółek – dziewięćdziesiąte. Prawdziwy rozkwit chińskiej legislacji to ostatnie piętnaście – dwadzieścia lat. Przepisy tworzono dla zapewnienia reguł gry dla gospodarki rynkowej, która nie może funkcjonować bez podstawowych instytucji – prawa własności, zasad kontraktowania i rozwiązywania sporów. Najpilniejsze było oczywiście uregulowanie statusu zagranicznych inwestorów – reguły gry dla rynku wewnętrznego musiały poczekać. Jak bowiem wprowadzić gospodarkę wolnorynkową bez prawa? 

Powyższa obserwacja, choć banalna, wskazuje na fundamentalną odmienność chińskiej i zachodniej kultury prawnej. Po pierwsze, wyjątkowo krótka historia. Po drugie, funkcją prawa jest sprawna gospodarka i tylko w tym zakresie można liczyć na pewność prawa; rule of law w zachodnim znaczeniu to koncepcja (na razie) obca Chinom. Po trzecie, nie ma w Chinach doktryny prawa, jurysprudencji ani prawa konstytucyjnego – prawo to wciąż dziedzina techniczna (warto wspomnieć, że ze 180 tysięcy chińskich sędziów tylko 25-30% skończyło studia prawnicze – w większości są to urzędnicy i emerytowani wojskowi powołani na stanowiska w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych). 

Chiny mają oczywiście bardzo ciekawą tradycję prawną (z dwoma okresami intensywnego rozwoju i sprów doktrynalnych – II w p.n.e., VII w n.e.), która do dziś wpływa na rzeczywistość prawniczą. W prawie cywilnym i gospodarczym Chińczycy są mocno zorientowani na reguły współżycia społecznego, mediację i osiąganie wyważonego porozumienia (stąd renegocjowanie obowiązujących umów). „Prawo” które Europejczycy rozumiemy neutralnie dla Chińczyków miało przez setki lat wydźwięk negatywny, związany z represją i prawem karnym. Niechęć wobec prawa jako narzędzia opresji (feudalnej) podchwycili komuniści – stąd słynny cytat Mao Zedonga „chcemy rządów ludu, a nie rządów prawa”.  Dlatego szczególną rolę odgrywają tam  (zarówno w prawie prywatnym, jak i publicznym) zasady słuszności, np. ograniczenia w swobodzie umów z uwagi na społeczno – gospodarczą funkcję uprawnienia/instytucji prawnej. Stąd też w chińskim prawie jest tak wiele generalnych klauzul („w zasadzie”, „generalnie”), którym zachodni prawnik nie potrafi przypisać treści. 

W konsekwencji – prawo w Chinach jest instrumentem regulowania procesów gospodarczych i społecznych, a nie wartością samą w sobie ( nie ma prawa konstytucyjnego w zachodnim rozumieniu). Odwrócona (w stosunku do naszych oczekiwań) jest hierarchia źródeł prawa – konstytucja nie ma znaczenia, ustawy są wytycznymi, faktycznie obowiązujących reguł należy szukać w przepisach podustawowych i wytycznych. Trójpodział władz jest zjawiskiem nieznanym – znacząco uprzywilejowana jest władza wykonawcza, brak kontroli sądowej nad administracją i stanowieniem prawa, władza wykonawcza ma kompetencje legislacyjne. Przykładem z ostatnich lat było prawo antymonopolowe, które obowiązuje od 2008, ale dopiero w 2011 urząd antymonopolowy wydał stosowne wytyczne i wiadomo z grubsza czego się spodziewać np. przy międzynarodowych transakcjach M&A. Chińskiemu prawu obce jest wiele zasad, które nam wydają się podstawowe: trójpodział władz (w tym kontrola władzy wykonawczej i ustawodawczej przez niezawisłe sądownictwo), bezpośrednie stosowanie przepisów konstytucji i prawa międzynarodowego, praworządności formalnej, podziału kompetencji w obrębie władzy wykonawczej etc.   Należy je traktować raczej jako zbiór zasad o charakterze porządkowym, wskazówek dla organów administracji i sądów, służącym realizacji celów państwa, niż jako hierarchicznego, spójnego i kompletnego zbioru niesprzecznych norm. 

Mimo wszystko odmienność chińskich realiów politycznych i kulturowych od europejskich czy amerykańskich jest zwykle niedoceniana przez zachodnich prawników, których przyzwyczajenia prowadzą do przeceniania wagi analizy przepisów.

Posted in Chiny | Tagged , | Comments Off on Chiny: kultura prawna i jej praktyczne konsekwencje

M&A w Chinach

Kilka dni temu, podczas w konferencji poświęconej transakcjom M&A organizowanej przez Instytut Allerhanda, miałem okazję wziąć udział w dyskusji nad chińskim rynkiem M&A. Naturalnie starałem się wskazać na kulturowe i prawne uwarunkowania przejęć i połączeń w Chinach. Główne myśli, które strałem się przedstawić:

  • Chiński rynek M&A jest duży (w 2012 odnotowano ponad 3,5 tysiąca transakcji, o łącznej wartości 308 mld USD). Ciągle znaczący jest napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych (111,7 mld USD w 2012, 116 mld USD w rekordowym 2011).
  • Część wspólna transakcji M&A i FDI to tylko – 36,6 mld USD; oznacza to, że (i) 90% transakcji M&A w Chinach to inwestycje lokalne, (ii) 70% bezpośrednich inwestycji zagranicznych to projekty greenfield, a nie nabywanie istniejących przedsiębiorstw.
  • W tym czasie chińskie inwestycje zagranicą mają coraz większy udział w transakcjach z udziałem chińskich podmiotów – 77.2 mld USD (2012), 60,1 mld (2011) i 12 mld (2005). Dane dotyczące inwestycji chińskich w USA (lata 2000 – 2012) to 620 transakcji o łącznej wartości 22.8 mld USD, z czego M&A to 184 transakcje o wartości 19,5 mld USD, a projektów greenfield było 436 o łącznej wartości ok. 3,4 mld USD; środki publiczne (14,6 mld) stanowiły większość w stosunku do środków prywatnych (ok. 8 mld USD) zainwestowanych przez Chińczyków w USA.
  • Zauważalna jest znacząca dysproporcja w strukturze zagranicznych inwestycji w Chinach (przejęcia v. greenfield), w szczególności w porównaniu do modelu działania chińskich inwestorów zagranicą. Intrygujące jest z czego wspomniana odmienność wynika.
  • Ponadto zaskakująca jest pozycja funduszy private equity inwestujących w Chinach: w latach 2001 – 2012 zainwestowały w ramach ok. 10.000 transakcji łącznie ok. 230 mld USD, ale ponad 3/4 inwestycji nie zakończyło się jeszcze “wyjściem”. Okazuje się, że realizacja inwestycji PE w Chinach jest trudna, ale jeszcze trudniejsze jest wyjście z niej.

Wytłumaczenie zjawiska tych zjawisk jest dość proste – o ile wszelkie transakcje z chińskimi partnerami są dla cudzoziemców trudne, to projekty inwestycyjne są szczególnie, a spośród nich transakcje M&A związane są ze specyficznymi lub zwielokrotnionymi ryzykami. Nadal istotna jest niepewność prawa (rola aktów podustawowych i wytycznych centralnej administracji i sądu najwyższego, w kluczowych sprawach – kapitalizacja spółek, odpowiedzialność za oświadczenia i zapewnienia, material adverse effect) oraz  bariery regulacyjne (regulacje sektorowe, znaczenie pozwoleń administracyjnych i ograniczenia w ich przenoszeniu). Zagraniczni inwestorzy mierzą się z niespotykanymi na rozwiniętych rynkach trudnościami  w przeprowadzeniu wiarygodnego due diligence i określeniem ryzyk prawnych, a to z uwagi na powszechną niechęć do ujawniania informacji o przedsiębiorstwie, dezynwolturę podejściu do obowiązków wobec administracji („that is a common practice in China”) i poleganiu w większym stopniu na relacjach z regulatorem niż na przejrzystych regułach , a także – banalnie – z uwagi na trudność w analizie obszernych materiałów po chińsku. Kolejne ryzyka specyficzne dla przejmowania przedsiębiorstwa (nabywania kluczowego udziału) to nadmierne poleganiu na osobistych powiązaniach (w administracji i biznesie) kluczowego personelu i właścicieli oraz niezrozumienie chińskiego prawa spółek i trudność w utrzymaniu kontroli nad przejmowaną spółką (w szczególności w przypadku inwestora finansowego – kluczowy jest bowiem mechanizm powoływania i odwoływania kluczowych dyrektorów i menedżerów, a nie kontrola kapitałowa). Bardzo istotne, choć nie związane specyficznie z M&A, są trudności związane z barierą kulturową i negocjowaniem (o tym pisałem już kilkukrotnie).

Przejęcie spółki będzie dla zagranicznego inwestora niedostępne w wielu branżach gospodarki. Inwestycje zagraniczne, zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Gospodarki (MOFCOM) dzielą się na popierane (można tu liczyć na subsydia i zwolnienia podatkowe, dopuszczalna jest zagraniczna kontrola – w ramach spółki JV, czy WFOE), ograniczone (mniejszościowy udział jest OK, żadnych zachęt) i zakazane (jak sama nazwa wskazuje). Ostatnia wersja wytycznych obowiązuje od 30 stycznia 2012 (w poprzedniej wersji dostępna tutaj). Popierane są inwestycje związane z eksportem, nowymi technologiami, czystą energią oraz produkcją żywności, a w ograniczonym zakresie poszukiwaniem złóż kopalin. Ograniczone – górnictwo, produkcja chemiczna i farmaceutyczna, hutnictwo, stocznie, rafinerie i elektrownie, transport, telekomunikacja, handel, bankowość i ubezpieczenia, hotele, budownictwo mieszkaniowe, edukacja i usługi medyczne (inwestycja wiąże się z koniecznością pozyskania chińskiego wspólnika do spółki JV). Zakazane jest inwestowanie w wydobywanie i przetwórstwo strategicznych surowców, prasę, TV i Internet (w tym usługi VOD i utrzymywanie stron internetowych) oraz tradycyjne rzemiosła. W przypadku branży nie ujętych w katalogu należy się spodziewać, że są neutralne i uzyskamy zgodę na inwestycję.

Posted in Chiny | Tagged , | Comments Off on M&A w Chinach

Prosty blog

Minimalizm to nowe wyrafinowanie. Dobry blog potrzebuje czytelnego tekstu i ciekawej treści. Z tego korzysta czytelnik. Cała reszta (nawet komentarze) to niepotrzebny, rozpraszający balast. Cały post (którego nie ma sensu tu przepisywać) – minimal web by Leo Babauta.

Sprzeczne to z obiegowymi opiniami. Czyż nie słuszne?

Posted in pisanie | Tagged | Comments Off on Prosty blog

Amerykańskie IP – fair use (cz. I)

Jedną z kluczowych kwestii w amerykańskim prawie autorskim jest fair use. Po polsku najzgrabniej brzmi dozwolony użytek, choć terminy te nie są oczywiście równoznaczne, bo dozwolony użytek (art. 23 – 25 polskiego prawa autorskiego) w szczegółach różni się znacząco od amerykańskiego fair use (§ 107 amerykańskiego Copyright Act, czyli 17 U.S.C. § 107). Amerykański przepis (tu jego oryginalna treść) nie przewiduje zamkniętej listy wyjątków od praw wyłącznych, ale wskazuje kryteria oceny czy w konkretnym przypadku korzystanie z utworu przez podmiot trzeci było dopuszczalne.

Kryteria są cztery:
1. cel i charakter korzystania (komercyjny v. niekomercyjny/edukacyjny),
2. “natura” dzieła,
3. objętość i istotność fragmenty, z którego skorzystano, w stosunku do utworu w całości,
4. wpływ wykorzystania utworu na rynek dla niego lub jego wartość.

Treść dozwolonego użytku wynika z kilku zaledwie orzeczeń federalnego sądu najwyższego (i dwóch z federalnych sądów apelacyjnych) wydanych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdzisiątych ub. wieku (Sony v. Universal Studios, Harper Row Publishers v. Nation Enterprises, Princeton University Press v. Michigan Document Services, American Geophysical Union v. Texaco oraz Campbell v. Acuff-Rose Music). O każdym z nich warto napisać kilka zdań (i przeczytać orzeczenie). Zacznę od ostatniego orzeczenia, które choć nie najważniejsze, jest szczególnie wdzięczne,  a to z uwagi na barwny stan faktyczny. Sprawa dotyczy nowej wersji, czy raczej parodii znanej piosenki Roya Orbisona “Oh, Pretty Woman” przez 2 Live Crew.

Na początek posłuchać obu wykonań i przeczytać ich tekst.

 

Tekst Orbisona i tekst 2 Live Crew zostały uwiecznione przez sędziego Davida Soutera, w orzeczeniu, które napisał (załącznik A i B odpowiednio).

Tutaj można posłuchać nagrania z rozprawy przed sądem najwyższym , a którym zsynchronizowany jest stenogram, który można przeszukiwać i przesuwać. Na co warto zwrócić uwagę to żywa interakcja sądu i prawników. Reprezentujący raperów Bruce Rogow zaczyna klasycznie, od Statute of Anne (Lawrence Lessig podobnie otwiera argument w Eldred v. Ashcroft kilka lat później) i przechodzi bez zbędnych wstępów do sedna – zadaniem prawa autorskiego jest zachęcanie do twórczości, której to przejawem jest parodia, jako forma polemiki, ale i artystycznego wyrazu. W czwartym zdaniu wchodzi mu w słowo jeden z sędziów (Rehnquist?) i już do końca rozprawa to dyskusja. Pełnomocnicy nie przemawiają, tylko odpowidają na pytania, a sędziowie nie udają z grzeczności tylko, że słuchają.

Co wynika z Campbell v. Acuff-Rose?

Gatunek utworu zależnego (parodia) ani fakt jego komercyjnego wykorzystania nie mają decydującego znaczenia dla zastosowania (bądź nie zastosowania) fair use. Sąd odrzucił zarówno argument skarżących, że sam parodystyczny charakter ich wykonania przesądza o dopuszczalności rozpowszechniania ich utworu, jak i argument strony przecwnej, że zawodowy charakter twórczości skarżących i rozpowszechnianie ich wykonania piosenki w celu zarobkowym decyduje o tym, że takie działanie nie mieści się w kategorii “fair use” (domyślnie amatorskiego, a przynajmniej nastawionego na krytyczną dyskusję a nie zysk, wyrazu twórczego). Im utwór zależny jest bardziej odmienny od oryginalnego w treści, środkach artystycznych i celu – czyli im wyraźniejszy jest “transformacyjny” charakter utworu zależnego, tym szerszy jest zakres dopuszczalnego użytku (tzw. transformative use).

Choć zakres w jakim “skorzystano” z pierwotnego utworu był znaczący, to – zdaniem sądu – niezbędny do osiągnięcia celu, polegającego na nawiązaniu dialogu z oryginałem. Wykorzystanie pierwszej zwrotki tekstu oraz charakterystycznego brzmienia, którym rozpoczyna się oryginalny utwór było uzasadnione potrzebą wskazania, do czego parodia nawiązuje (mówiąc wprost – z czego muzycy się śmieją). Następnie utwór zależny nabiera zupełnie odmiennego charakteru (muzyka i tekst), a utworów nie sposób ze sobą pomylić.

Parodia nie stanowi co do zasady substytutu oryginalnego utworu i podobnie w tym przypadku – nie wpływa na jego pozycję rynkową. Mało prawdopodobne żeby sprzedaż oryginalnego utworu ucierpiała w wyniku pojawienia się na rynku parodii. Równie mało prawdopodobne żeby autor oryginalnego utworu zamierzał stworzyć i wprowadzić na rynek jego hip-hopową wersję, która w założeniu wyśmiewałaby (czy nawiązywała polemikę) z utworem oryginalnym, jako, że zdaniem sądu, artyści rzadko “oczekują krytycyzmu, a zawsze żądają pochwał”.

Na koniec małe ćwiczenie – czy trailer The Shining w wersji komedii romantycznej  mieści się w granicach fair use określonych przez Campbell v. Acuff-Rose?

Utwór zależny (trailer) wykorzystuje krótki, ale charakterystyczny fragment piosenki Solsbury Hill z pierwszego solowego albumu Petera Gabriela (kompozycja, słowa, nagranie – prawa po stronie studia muzycznego i artysty) oraz fragmenty filmu The Shining (horror na podstawie powieści Stephena Kinga; prawa do utworu audiowizualnego oraz scenariusza, a być może także do powieści).

Poniżej trailer oryginalnej wersji filmu oraz Solsbury Hill.

Posted in IP, USA | Tagged , | Comments Off on Amerykańskie IP – fair use (cz. I)

Sandbagging provision. Wszystko co musisz wiedzieć o klauzuli, o której nigdy nie słyszałeś

Sandbagging to termin, niegdyś slangowy, łączący świat prawników, nowojorskich gangsterów sprzed stu lat i graczy w golfa. Oryginalnie znaczył tyle co używanie skarpetek napełnionych piaskiem jako  broni,  poręcznej jak pałka czy nóż, a wyglądającej całkiem niewinnie. Dla golfistów sandbagging to strategia udawania słabszego, mniej doświadczonego gracza, niż jest się w rzeczywistości, aby uśpić czujność przeciwnika.

A co znaczy dla prawników? Tu trzeba się cofnąć o krok czy dwa dla nabrania perspektywy: Przejmujemy spółkę, skończyliśmy due diligence, koniec negocjacji i umowa inwestycyjna już blisko, potem 2 – 3 miesiące do zamknięcia transakcji (uchwały, zgody, zgłoszenie antymonopolowe, podniesienie kapitału etc.). Doradcy zbadali spółkę, nawet jeśli nie do wszystkiego dotarli nie ma powodu do niepokoju, bo sprzedawca odpowiada przecież za wszystkie obietnice wynikające z umowy (które prawnicy nazywają oświadczeniami i zapewnieniami). Poza bajkowym scenariuszem, gdy wszyscy byli skrupulatni, prawdomówni i rozsądni, w szafach nie chowano trupów (ani nie zostawiano ich na widoku), płacono na czas i prawnicy nie robili literówek, czasem rzeczywistość nieco się komplikuje.

Wyobraźmy sobie, że po podpisaniu umowy, ale chwilę przed zamknięciem transakcji prawnicy sprzedawcy doręczają nam pismo, w którym bez skrępowania dają do zrozumienia, że część oświadczeń i zapewnień, które mamy przecież umowie (a atrament jeszcze świeży), rozmija się z faktami. Spółka warta jest znacznie mniej niż myśleliśmy. Co robimy? Umowa inwestycyjna nie przewiduje dokonywania przez sprzedawcę zmian w oświadczeniach i zapewnieniach; niezgodność obietnic i faktów to po prostu naruszenie umowy. Dobra nasza, ignorujemy nowiny, zamykamy transakcję i od razu żądamy obniżenia ceny. Gdyby tylko było to takie proste…

Skomplikujmy nieco hipotetyczną (ale częstą) sytuację: o części uchybień wiedzieliśmy już wcześniej sami. Niech to będzie przemysłowe zanieczyszczenie gruntu, na którym powstanie osiedle, a 50 lat temu była garbarnia. Doradca techniczny zamiast polegać na dokumentacji sprzedawcy pobrał i zbadał próbki gleby. Rekultywacja terenu będzie kosztowna. My to wiemy, sprzedawca to wie, ale nie wie, że my wiemy. Prawnicy radzą żeby grać w otwarte karty, poinformować o odkryciu i odnieść się do niego w umowie, obniżając cenę albo obciążając kosztami rekultywacji sprzedawcę. Sami myślimy o tym z niechęcią: na transakcji nam zależy (nieruchomość jest tania, chcemy się wykazać przed inwestorami, przygotowania sporo kosztowały), sprzedawca jest drażliwy i nie wiadomo jak zareaguje, terminy nas gonią, banki finansujące będą niezadowolone z nowego ryzyka. Wszystko składa się bardziej żeby transakcję zamknąć, zobaczyć gdzie jesteśmy, odkryć problem za parę miesięcy i wtedy renegocjowac cenę. Skoro sprzedawca odpowiada za rozbieżność między zapewnieniami a stanem faktycznym (tak mówią prawnicy), to nie ma się czego obawiać. Niestety zwykle to co wydaje nam się bardzo sprytne, okazuje się na koniec dnia mniej sprytne niż myśleliśmy. Nawet na gruncie prawa polskiego wiedza kupującego o faktycznym stanie spółki może pozwolić sprzedawcy na uchylenie się od odpowiedzialności z rękojmi i wyłączyć prawo do uchylenia się od skutków oświadczenia woli (skoro nie było błędu). Popularne w transakcjach M&A jurysdykcje anglosaskie (np. Anglia i stan Nowy Jork, ale już nie stan Delaware) są jeszce mniej korzystne dla kupującego, który wiedział za dużo – także roszczenia odszkodowawcze wygasają, skoro wiedzieliśmy, że jest nieprawdziwe.

Uprawnienia stron na wypadek wiedzy kupującego o fałszywych oświadczeniach i zapewnieniach sprzedawcy można bowiem ukształtować umownie. Przynajmniej w jurysdykcjach anglosaskich. I tu przechodzimy do tytułowej klauzuli, gdzie sandbagging polega na tym, że kupujący udaje tylko nieświadomego, żeby zdobyć przewagę nad grającym nieczysto (nie ujawniającym informacji) sprzedawcy. Pojawia się niekiedy pytanie – who is sandbagging whom? – gdy staramy się być sprytniejsi od spryciarza, ale dla czystości terminologicznej pozostańmy przy tym, że sandbagging to działanie kupującego, który nie ujawnia, że wie o fałszywych oświadczeniach i zapewnieniach.

W umowach pojawiają się zatem dwa rodzaje klauzul sandbagging – przyjazna kupującemu (Pro-Sandbagging Clause) albo przyjazna sprzedawcy (Anti-Sandbagging Clause). Co ciekawe, podobno w Europie tylko kilka procent umów M&A zawiera postanowienia pro-sandbagging, a większość – klauzule anti-sandbagging, podczas gdy w USA proporcje układają się dokładnie odwrotnie.

Typowe postanowienie, które życzyłby sobie widzieć w umowie każdy kupujący, gdyż pozwoli mu na zgłaszanie roszczeń po zamknieciu transakcji nawet gdy wiedział o naruszeniu oświadczeń i zapewnień przed zamknięciem, może brzmieć następująco: “The right to indemnification, payment, reimbursement, or other remedy based upon any such representation, warrant, covenant, or obligation will not be affected by any investigation conducted or any knowledge acquired by the Purchaser at any time, whether before or after the execution and delivery of this Agreement or the Closing Date, with respect to the accuracy or inaccuracy of, or compliance with, such representation, warranty, covenant, or obligation.”

Kupujący może w pełni polegać na wynikających z umowy zobowiązaniach sprzedawcy, w tym oświadczeniach i zapewnieniach, niezależnie od jego faktycznej wiedzy poprzedzającej zawarcie umowy i zamknięcie transakcji. Nie musimy się martwić nie tylko w sytuacji gdy wiedzieliśmy o czymś o czymś czego nie ujawnił nam sprzedawca, ale też tym czy sprzedawca nie ukrył czegoś wśród tysięcy stron dokumentów przekazanych do due diligence, ani tym że doradcom coś umknęło albo zostało niezrozumiane. Postanowienie takie jest użyteczne nawet jeśli kupujący nie wiedział o fałszywych oświadczeniach i zapewnieniach, bo upraszcza dochodzenie roszczeń, wyłączając potrzebę i zasadność rozważania stanu wiedzy kupującego przed zawarciem umowy lub zamknięciem transakcji.

Sprzedawcy z kolei będą zawsze nalegali na umieszczenie klauzuli brzmiącej podobnie do następującej: “The Vendor shall not be liable for any losses or damages resulting from or relating to any inaccuracy in or breach of any representation, warranty, covenant or obligation in this Agreement if the Purchaser seeking indemnification for such losses or damages had knowledge of such inaccuracy or breach before Closing.

Zgodnie z takim postanowieniem kupujący chcąc dochodzić roszczeń z nieprawdziwych oświadczeń i zapewnień sprzedawcy musi wykazać nie tylko, że były one faktycznie wadliwe (nieprawdziwe), ale także wykazać, że sam o tym wcześniej nie wiedział. W interesie sprzedawcy jest przy tym aby kryterium “wiedzy” kupujacego było jak najszersze (i mieściło się w nim np. umieszczenie krytycznych informacji w obszernym zbiorze, wśród innych, nieistotnych). Kupujący będzie z kolei chciał żeby kryterium takie było możliwie wąskie (np. wiedza menedżerów spółki przejmującej, zaangażowanych w transakcję, wynikająca z pisemnej  informacji przekazanej przez sprzedającego lub jego doradców).

I co z tego wynika?

Po pierwsze, zawsze miej przy sobie dodatkową parę skarpetek i trochę piasku. Po drugie, jeśli musisz grać w golfa, to niech ci się nie robi żal kogoś, kto gra słabiej, bo pewnie tylko udaje. Po trzecie, jeśli negocjujesz transakcję M&A z anglosaskim inwestorem, sprzedawcą albo prawnikiem, to zwróć uwagę na prawo właściwe (niby wszystko common law, ale to nie jest tak całkiem obojętne, czy wybierzesz prawo kanadyjskie, singapurskie, angielskie, kalifornijskie czy nowojorskie). Jeśli kupujesz spółkę i nie polegasz na informacjach, których udziela ci sprzedawca to (po czwarte) niech sprzedawca o twojej wywiadowczej aktywności się nigdy nie dowie, a jeśli wiesz tylko tyle co od sprzedawcy, to i tak (po piąte) nigdy nie zgadzaj się na klauzulę anti-sandbagging, bo możesz skończyć wykazując przed sądem czego nie wiedziałeś (co zawsze jest bardziej kłopotliwe niż wykazanie co wiesz), a jeszcze lepiej (po szóste) wprowadź do umowy sandbagging clause i niech sprzedawca się martwi tym co ujawnił i czego nie ujawnił. Jeśli spółkę sprzedajesz, to odwróć czwarte, piąte i szóste powyżej i będziesz mieć całkiem dobre po siódme, ósme i dziewiąte.

Dziesiąte na razie nie przychodzi mi do głowy.

Posted in rynki wschodzące, USA | Tagged | Comments Off on Sandbagging provision. Wszystko co musisz wiedzieć o klauzuli, o której nigdy nie słyszałeś

Modne bzdury a.k.a. Azja jest najważniejsza

Korzystając z prześmiewczej rekomendacji, czyli w zasadzie przypadkiem, trafiłem na blog polityka i politologa, który wieszczy azjatycką dominację na świecie. Nie byłoby w tej wieszczbie nic szczególnie oryginalnego gdyby nie jej kuriozalne uzasadnienie: “przyszłość świata należy do Azji Południowo-Wschodniej” dlatego, że powiela ona model rozwoju Europy sprzed 500 lat, kiedy to łączono “ciężką pracę z miłością do rodziny, poszanowaniem religii i cnót wszelakich”, a dzisiejsi Azjaci są podobni do dawnych Europejczyków, którzy “potrafili znajdować szczęście w całodziennej harówce, czci oddawanej Bogu oraz życiu rodzinnym”, co zaowocowało rzecz jasna powstaniem i rozwojem kapitalizmu. Bloger, polityk i politolog jest o tym przekonany, a wie co mówi, bo w młodości trenował karate i zna się na Azji. W tej prognozie dla Azji pobrzmiewa studencka lektura “Etyki protestanckiej a ducha kapitalizmu” Maxa Webera i jakiejś gazety z samolotu (z rejsu do Azji, rzecz jasna). Teza Webera, o pozytywnym związku religii z genezą kapitalizmu (nie każdej religii, ale kalwinizmu), sama w sobie słabo uzasadniona empirycznie, poddana karykaturalnej parafrazie i odniesiona do dzisiejszej Azji, stała się wielopoziomową bzdurą.

No, przynajmniej bzdurą dwupoziomową.

Weber. Jeśli protestantyzm przyczynił się faktycznie do rozwoju kapitalizmu, to nie przez pochwałę pracowitości, a raczej przez stworzenie warunków do akumulacji i optymalnej alokacji kapitału. Jeszcze bulla Inter Multiplices (1515, sobór laterański V) mówi o zakazanej “lichwie” jako o szukaniu zysku z korzystania z rzeczy, która sama w sobie nie przynosi owoców, bez pracy, bez wydatków i bez ryzyka ponoszonego przez pożyczkodawcę. Trzydzieści lat później Kalwin powiada, że nie ma nic złego w wynagrodzeniu za korzystaniu z pieniądza, choć jest on “jałowy” (nie przynosi owoców), podobnie jak godziwe jest pobieranie zapłaty za korzystanie z domu, choć mury i dach budynku podobnie jak pieniądz nie przynoszą owoców. Jeśli jest cokolwiek sensownego w tezie Webera, to nie eksponowanie znaczenie pracy i osobistych wyrzeczeń, ale powiązanie kapitalizmu ze zniesieniem zakazu lichwy. Nadal jednak teza, że kalwinizm dał światu kapitalizm, a kraje protestanckie rozwijały się bardziej efektywnie niż katolickie nie znajduje empirycznego uzasadnienia. Decydujące znaczenie dla rozwoju Europy (jej wiodących gospodarek) miała nie wyznawana religia i wartości (harówka i oddanie życiu rodzinnemu), ale dostęp do Atlantyku, podjęcie dalekomorskiej żeglugi i handlu oraz kolonizowanie odkrywanych terytoriów. Ciekawie i przekonująco piszą o tym autorzy The Rise of Europe: Atlantic Trade, Institutional Change and Economic Growth.

Azja. Przyjmijmy na chwilę, że karkołomna teza o pozytywnej korelacji “całodziennej harówki, czci oddawanej Bogu oraz życia rodzinnego” z rozwojem gospodarczym jest trafna. Czy faktycznie te trzy elementy prawidłowo opisują rzeczywistość społeczną krajów Azji Południowo-Wschodniej? Wątpię. Mówimy bowiem o zróżnicowanej grupie krajów (Burnei, Birma, Filipiny, Indonezja, Laos, Malezja, Singapur, Tajlandia, Timor Wschodni, Wietnam). Z braku czasu na research – rzut oka na dwie tylko, najdynamiczniej rozwijające się gospodarki tego regionu – Malezję i Wietnam. Czy kraje te cokolwiek łączy w  wymienianych kategoriach? Śmiem wątpić. W Wietnamie 81% mieszkańców to ateiści, a reszta to buddyści i chrześcijanie, w Malezji z kolei bezwyznaniowych obywateli jest tylko 0,7%, a większość pozostałych to muzułmanie (bez możliwości opt-out, bo apostazja w Malezji jest karana). Co ciekawe – mimo, że Malezja jest jednym z największych rynków Islamic finance, to ograniczenia wynikające z zakazu lichwy nie wpływają w zauważalny sposób na rozwój gospodarczy kraju. Podobnie, na wyniki gospodarki wietnamskiej nie wpływają negatywnie regulacje wywodzące się z gospodarki centralnie planowanej. Wartości rodzinne? W obu krajach porównywalna (niska, ale rosnąca) jest liczba rozwodów  (por. The Star, Financial Times ), podobny jest przyrost naturalny (Wietnam – 16.83 urodzin na 1.000 mieszkańców, Malezja – 20,74 na 1.000 mieszkańców). Powszechność stosowania antykoncepcji przez  kobiety w wieku 15 – 49 lat (Wietnam – 79%, Malezja – 54%), wskazuje na większe znaczenie “wartości rodzinnych” (rozumianych m.in. jako mniejsza swoboda kobiet w podejmowaniu decyzji prokreacyjnych) w Malezji. Czy można wskazać na korelację większej popularności wartości rodzinnych i  tempa wzrostu PKB? Wątpię. Nie udało mi się dotrzeć do wiarygodnych danych na temat przeciętnego czasu pracy w roku w Malezji i Wietnamie. Z dostępnych danych OECD nie wynika żeby kraje Azji Południowo-Wschodniej odstawały na niekorzyść od innych krajów rozwijających się.

Niewiele dotąd wiedziałem na temat Marka Migalskiego (ot, usłyszałem gdzieś nazwisko), autora komentowanego tutaj wywodu o świetlanej przyszłości Azji (polityka, nawet chińska, ani telewizja specjalnie mnie nie interesują). Nie byłem więc uprzedzony. Teza Migalskiego-Webera skłoniła mnie w pierwszej chwili do smutnej refleksji o jakości polskiej reprezentacji w Parlamencie Europejskim, która jednak szybko ustąpiła nadziei na kontynuowanie przez pana Migalskiego błyskotliwej kariery politycznej. Strach myśleć, że mógłby wrócić na uczelnię. Bo okazuje się, że to nie tylko polityk, ale i wykładowca akademicki 😉

Posted in any | Tagged , | Comments Off on Modne bzdury a.k.a. Azja jest najważniejsza