Author Archives: Michał Kłaczyński

Bali

Simple visit in a temple (mistakenly taken for the one actually wanted to visit), following the others in their awe and boredom mixed into a tourists’ custom of appreciating whatever is there in front of their appreciating faces, made me think of inadequacy of traveling in general. Traveling as getting away from home to relax, to explore, to find inspiration — that all sounds fine — but in reality isn’t it anxiety, boredom and existential fears that drive us to fly to the end of the world, drink bottled water and mango smoothies, ride a scooter through mountains just to find ourselves in front of some cryptic ancient sculptures, where nobody has the slightest idea of what they’re actually looking at? Or intellectual eagerness to study anthropology, to be able to get beyond just the names of deities, and ancient royals which happened to exist in some remote island which turned out to be a truly inspirational holiday destination once people got hold of ‘Eat, pray, love” or so. But the village roads are nice, and I have a soft spot for ancient temples I admit, so today we saw the right temple dating back to 11th century.

Posted in any | Leave a comment

Co zrobi TK w sprawie limitu składek ZUS?

Trybunał Konstytucyjny kolejny raz odroczył wczoraj wydanie wyroku w sprawie Kp 1/18, dotyczącej zmiany w przepisach ubezpieczeń społecznych, znoszących limit 30-krotności średnich zarobków dla obliczania należnych składek, zaskarżonych przez Prezydenta jako niezgodne z konstytucją. 

Trybunał, jak w każdej sprawie w trybie kontroli prewencyjnej może przychylić się do wniosku Prezydenta i uznać zaskarżone przepisy za niezgodne z konstytucją, może uznać je za zgodne albo stwierdzić, że „nie są niezgodne”, co oznacza, że powołany wzorzec konstytucyjny nie ma zastosowania. Będąc związany granicami wniosku Prezydenta, Trybunał będzie badał zgodność zaskarżonychprzepisów tylko w odniesieniu do wzorca kontroli, który wskazał Prezydent, czyli obowiązku przeprowadzenia wymaganych konsultacji społecznych (zorganizacjami związkowymi). Z argumentacją Prezydenta i stanowiskami Sejmu oraz Prokuratora Generalnego można się łatwo zapoznać, bo pisma są dostępne na stronie internetowej Trybunału. 

Zastanawiający jest powód czwartego już odroczenia wydania wyroku, w dość prostej sprawie. Prezydent w dość obszernym wniosku (18 stron gęstego tekstu) nie wskazał wzorca kontroli, który mógłby stanowić podstawę do stwierdzenia niezgodności z konstytucją nowych przepisów. Można jedynie zastanawiać się czy Trybunał stwierdzi zgodność, czy też brak niezgodności z konstytucją. W konstytucji brak bowiem obowiązku przeprowadzania przez ustawodawcę konsultacji społecznych w jakiejkolwiek formie, a z ogólnych zasad (praworządności i sprawiedliwości społecznej) nie sposób w zgodzie z dotychczasowym orzecznictwem Trybunały wywieść takiego obowiązku, który miałby rangę zasady konstytucyjnej.

W orzeczeniach dotyczących jakości procesu legislacyjnego Trybunał stwierdzał dotąd konsekwentnie, że uchybienia w procedurze legislacyjnej mogą stanowić przesłanką niekonstytucyjności tylko wówczas, gdy prowadziłyby do ingerencji w treść klasycznych praw i wolności (politycznych i osobistych), a więc w dziedzinie, wktórej swoboda ustawodawcy jest szczególnie ograniczona, lecz nie w dziedzinie polityki gospodarczej i społecznej, gdzie ustawodawca ma większą swobodę.

W żadnym wypadku jednak Trybunał nie interpretuje obowiązku dokonania konsultacji społecznych jako wymogu dostosowania się przez ustawodawcę do szerokiego i jednomyślnego nawet konsensusu organizacji społecznych (związków zawodowych, wyznaniowych,organizacji pracodawców etc.), jak wydaje się twierdzić Prezydent i organizacje przedsiębiorców. Konstytucja pozostawia kształtowanie prawa wyłącznemu uznaniu i odpowiedzialności ustawodawcy:

Uchwalanie ustaw należy z mocy Konstytucji do Sejmu, a rola podmiotów, którym przyznano prawo opinii, ogranicza się do zajęcia stanowiska, pozwalającego Sejmowi na orientację w ich poglądach

(wyrok z 8 listopada 2005, SK 25/02).

Wydaje się, że kwestia ta nie zwróciła dotąd uwagi uczestników postępowania, nie odnosi się niej Prezydent, milczeniem zbywa Prokurator Generalny i Marszałek Sejmu.

Nie sposób nie zauważyć, że “dobra zmiana” nie rozpieszcza nas gdy idzie o jakość i legalność procesu wyłaniania sędziów Trybunału, a predyspozycje wybranych można bardzo oględnie ująć jako wyjątkowo przeciętne, ale chyba nie jest aż tak źle żeby zakładać, że podstawowa kwestia umknie uwadze sędziów, podobnie jak umknęła uwadze pełnego dobrych chęci Prezydenta.

PS. 15 listopada: Okazuje się, że jednak uszło uwadze i Trybunał uznał, że ustawa jest niezgodna z art. 7 (zasadą praworządności). No cóż, konstytucja ma ledwie 21 lat, może nie każdy miał czas przeczytać. 

Posted in any | Leave a comment

Narodowe zmartwychwstanie

“Diabelnie trudno kłamać, kiedy człowiek nie zna prawdy”

— tak zaczyna się Harmonia caelestis, opowieść o Europie środkowej i węgierskich magnatach Esterhazych,  od podania czytelnikowi klucza do szkatułki z opowieścią. Ten klucz pasuje do każdej anegdoty i legendy, do każdego imaginarium. Pasuje również do polskiego lamusa wyjętego z „Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego”, w którym tożsamość narodowa polega na określeniu się wobec nieszczęścia, na celebrowaniu straty i żalu po idealnym królestwie, po złotym wieku, po stracie w wyniku zdrady i przemocy obcych,  wreszcie, która polega na nadziei na odzyskanie państwa, zmartwychwstanie wspólnoty, które nastąpi niechybnie już za chwilę, gdy naród jeszcze trochę wycierpi. Mesjanizm tłumaczy klęski i nieszczęścia, zatem można w nim dostrzec pewną funkcję terapeutyczną, jest jednak niebezpieczny, bo skłania do zachowań irracjonalnych, do kolejnych ofiar, do tragicznego licytowania się z losem, bo może nie dość jeszcze było cierpienia by odwróciła się fortuna. Mieszczą się w tym przekonania radykalne, że oto Polska aby zmartwychwstać musi najpierw skonać na krzyżu, wniebowstąpić i powtórnie przyjść na świat, co przekłada się na potrzebę inydwidualnej i zbiorowej ofiary krwi, albo w wersji wciąż religijnej, ale mniej mistycznej — że na niepodległość trzeba zasłużyć, zjednać lub przełamać los, a wymaga to nie tylko męczeńskiej ofiary, ale przede wszystkim woli.

Z tego lamusa figur, zjawisk i nadziei pochodzi cały nasz obecny dyskurs o niepodległości — niemal wszyscy się tu mieszczą. Nie jest to na pierwszy rzut oka oczywiste, bo mesjanizm kojarzy się dzisiaj z łatką przyklejaną „sekcie smoleńskiej”, gdy tymczasem o stuleciu niepodległości w podobnym ­tonie — mesjańskim i prometejskim —wypowiadają się (dziś!) konserwatyści, narodowcy i patrioci postępowi, katolicy i ateiści, nacjonaliści i aspirujacy kosmopolici, ludzie mądrzy i kompletni idioci. Wszyscy mieścimy się wygodnie w archaicznym języku, w siatce pojęć w nakreślonej dwieście lat, w imaginarium, do którego starannie wybrano eksponaty, ignorując fakty.

Prezydent Duda mówi w 2018 o ofierze z życia, którą na ołtarzu niepodległości złożył prezydent Kaczyński (abyśmy my mogli cieszyć się wolnością), a Wojciech Wencel, „poeta smoleński”, pisze w 2011, że

„W centrum katastrofy smoleńskiej znajduje się Chrystus. (…) Polska jest najważniejsza, bo w niej żyje Bóg.”

Nawiązują obaj, świadomie czy nie, do Dziadów, do zbawienia narodu przez ofiarę bohatera z samego siebie, gdy nadejdzie na nią czas, gdy dość wycierpi cały naród:

Patrz! – ha! – to dziecię uszło – rośnie – to obrońca! Wskrzesiciel narodu, Z matki obcej; krew jego dawne bohatery, A imię jego będzie czterdzieści i cztery. Panie! czy przyjścia jego nie raczysz przyśpieszyć? Lud mój pocieszyć? – Nie! lud wycierpi.

W podobnym tonie naucza Jan Paweł II w 1979:

„Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa. Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu.”

W papieskim mesjaniźmie trudno nie dotrzec jeszcze więcej z Mickiewicza:

I rozerwał człowiek ten przymierze ludów, jako ów kapłan żydowski rozerwał szatę swą słysząc głos Chrystusa. I umęczono naród polski i złożono w grobie, a królowie wykrzyknęli, zabiliśmy i pochowaliśmy Wolność. A wykrzyknęli głupio, bo popełniając ostatnią zbrodnię, dopełnili miary nieprawości swych, i kończyła się potęga ich wtenczas, kiedy się najwięcej cieszyli. Bo naród polski nieumarł, ciało jego leży w grobie, a dusza jego zstąpiła z ziemi, to jest z życia publicznego do otchłani, to jest do życia domowego ludów cierpiących niewolę w kraju i za krajem, aby widzieć cierpienia ich. A trzeciego dnia dusza wróci do ciała, i naród zmartwychwstanie i uwolni wszystkie ludy Europy z niewoli. I przeszło już dni dwa; jeden dzień zaszedł z pierwszém wzięciem Warszawy, a drugi dzień zaszedł z drugiém wzięciem Warszawy, a trzeci dzień wnidzie ale niezajdzie. A jako za zmartwychwstaniem Chrystusa ustały na ziemi całej ofiary krwawe, tak za zmartwychwstaniem narodu polskiego, ustaną w Chrześcijaństwie wojny.”

Podobnym językiem, choć mniej enigmatycznym i na pozór nowocześniejszym, mówi Józef Piłsudski w 1904 na kongresie PPS:

„Na nas spada odpowiedzialność za to, że kwestia polska jest umarłą, nie tylko w Europie, ale i w Rosji, i w samej Polsce. Zmartwychwstać może ona tylko ofiarami, krwią, a nie wymigiwaniem się.”

O ile wywód Mickiewicza jest dla większości anachroniczny i niezrozumiały, a Dudę i Wencla nietrudno wykpić, to jezyk Piłsudskiego i Jana Pawła II jest akceptowany dla każdego w dzisiejszej Polsce, od narodowca z powstańczą opaską i flagą z falangą, przez sympatyczne figury ciotek walczących o konstytucję i sąd, po aspirującego kosmopolitę, który trochę jednak jest z Polski dumny, i któremu trochę jednak za nacjonalistów wstyd, ale kto wie, może sam ma na samochodzie powstańczą naklejkę.

Współczesna nam legenda o 11 listopada to zbiorowe wyobrażenie, że oto po ponad stu latach przyszła niepodległość wywalczona, wydarta złemu losowi poświęceniem mas, krwią spiskowców, zesłańców i powstańców, miłością matek, wdów powstańczych ciągnących na Sybir za mężami i uczących dzieci polskiej mowy i pacierza, wybłagana modlitwą ojców zmartwychwstańców i wreszcie — co ważne — wydarta bohaterskimi czynami gigantów — bojowców i legionistów, a zwieńczone to wszystko zostało przybyciem Komendanta do Warszawy. Tudno tej legendy nie odczytać jako mitu prometejskiego (za Kordianem „Polska Winkelriedem narodów!”), bliskiemu bardzo mitowi mesjańskiemu.

Nawet symboliczna data — bo cóż naprawdę zdarzyło się 11 listopada? — przypomina do złudzenia scenę, którą skreślił Słowacki, ulubiony podobno poeta Piłsudskiego, w „Kordianie”, ale jakby bohaterem jej był sam Piłsudski (tyle, że siada nie w szwajcarską mgłę, ale w niemiecki pociąg):

[KORDIAN]

Nie — myśli wielkiej trzeba z ziemi lub z błękitu.

Spojrzałem ze skały szczytu,

Duch rycerza powstał z lodów…

Winkelried dzidy wrogów zebrał i w pierś włożył,

Ludy! Winkelried ożył!

Polska Winkelriedem narodów!

Poświęci się, choć padnie jak dawniej! jak nieraz!

Nieście mię, chmury! nieście, wiatry! nieście, ptacy!

[chmura znosi go z igły lodu]

[CHMURA]

Siadaj w mgłę — niosęć… Oto Polska — działaj teraz!…

[KORDIAN]

[rzucając się na rodzinną ziemię z wyciągniętymi rękoma woła:]

Polacy!!!

Taki wybór mamy — między quasi-chrześcijańskim mitem paruzji, a mitem prometejskim, między złożeniem się samemu w grobie i czekaniem na zmartwychwstanie, a pogawędką z chmurą i siadaniem w mgłę. Trudny wybór, co bardziej anachroniczne; na szczeście jedno i drugie nietrafne.

Nietrafne nie dlatego, że Adam Mickiewicz, nawiązując magiczną liczbą do samego siebie i żydowskiego mesjanizmu, pomylił się w rachunkach, bo Adam w kabalistycznej  numerologii to podobno czterdzieści i pięć, a nie czterdzieści i cztery. Ani dlatego, że Juliusz Słowacki stawiając na mit Winkelrieda,  szwajcarskiego bohatera, który własną pierś wystawił na nieprzyjacielskie włócznie w bitwie pod Sempach, która powstrzymała austriacki podbój Szwajcarii w XIV wieku, jest o dobre dwieście lat późniejszy niż sama bitwa.

Mit ten jest nietrafny, nie dlatego, że wyprowadzony z fałszywych przesłanek, ale dlatego, że prowadzi do fałszywych wniosków. Odzyskalibyśmy niepodległość również bez powstań, zsyłek na Syberię, Wielkiej Emigracji, bez modlitwy, bez towiańczyków. Tak jak uzyskały ją — i świętują razem z nami — Finlandia, Estonia i Łotwa, Czechy (Czechosłowacja), Gruzja, Armenia i Azerbejdżan; a po I wojnie światowej połączyły się też w jedno państwo narody słowiańskie na Bałkanach, i niedługo później powstała niepodległa Albania. Niepodległość tych szęśliwców nie była wynikiem bohaterstwa, woli bogów, leżenia w grobie (czy też wiszenia na krzyżu) ducha narodowego, czy co jeszcze kampowego można sobie wyobrazić, ale wynikiem procesu historycznego, który trwał dobre kilkadziesiąt lat i skończył się rozpadem imperium rosyjskiego, austro-węgierskiego, osmańskiego i niemieckiego.

I wojna światowa była w pewnym sensie niespodziewana, i codzienność w 1913 wyglądała na stabilniejszą niż nasza dziś, stabilniejsza i ciekawsza niż kiedykolwiek wcześniej — cywilizacja była u szczytu, jak w książce „1913. Rok przed burzą”. Jednocześnie była nieuknikniona, bo postęp wymusza rywalizację między imperiami, konkurowanie o zasoby naturalne i zakłady z losem kto jest silniejszy — niemieccy i austrowęgierscy wojskowi i przemysłowcy licytują najostrzej, chcą dostępu do surowców kontrolowanych przez sojusznicze imperium osmańskie, na drodze stoi im Serbia i wpływy Rosji na Bałkanach. Niemcom podoba się w koloniach, w Afryce, w Nowej Gwinei, chcą nadrobić czas stracony w stosunku do Anglików i Holendrów przez lata wojen i rewolucji, chcą być najpotężniejsi na świecie, chcą dostępu do ropy z Bliskiego Wschodu i regularnych pociągów towarowych przez kontrolowane, własne Bałkany, mierzą siły na zamiary, licytują za wysoko — ale kto to może wtedy wiedzieć, przecież Rosja jest słaba, prawda? W 1878 Austro-Węgry przejmują Bośnię, od słabnącej Turcji, ale jednocześnie na Bałkanach pojawia się silny, jeśli nie silniejszy, konkurent — państwa słowiańskie, powstałe dzięki Rosji, która od dwustu lat próbuje się rozwijać kosztem podupadającego imperium osmańskiego.

Nieuchronność polskiej niepodległości z 1918 widać w jednej z ostatnich scen powieści “Marsz Radetzky’ego” — w której do pogranicznego garnizonu dociera telegram o treści “Pogłoski o śmierci następcy tronu w zamachu w Sarajewie.” Po chwili niedowierzania, podpici miejscowi oficerowie, w przeważającej części Węgrzy, komentują między sobą w ojczystym języku, co oburza wykluczonych w ten sposób oficerów, którzy węgierskiego nie znają — Słowian, których ambicjom aby imperium austrowęgierskie stało się imperium równorzędnych trzech narodów sprzyjał zamordowany arcyksiąże Franciszek Ferdynand. Jeden z nich, Słoweniec, z rodziny wojskowych lojalnych Habsuburgom od 150 lat, nienawidzący Serbów, a jeszcze bardziej Węgrów, żąda żeby rozmawiać po niemiecku, w ich wspólnym języku. Podpity węgierski arystokrata odpowiada: „Powiem to po niemiecku. Jesteśmy zgodni, moi rodacy i ja: możemy być zadowoleni, że bydlak nie żyje.”  Podobnie zapewne myśli Franz von Hötzendorf, szef sztabu austrowęgierskiej armii, który chce wojny z Serbią, a nie żadnych reform.

Wtedy, w czerwcu 1914, gdy mają się rozpaść imperia, gdy węgierscy oficerowie piją i mówią, dobrze, że bydlak nie żyje, gdy polski duch narodowy wciąż leży w grobie, wtedy już stało się realne, że niepodległość i państwa narodowe zyskają nie tylko Polacy, ale też wszyscy ci, którzy cierpliwie czekali na swoją kolej — Finowie, Estończycy, Łotysze, Litwini, Czesi i Słowacy, albo trochę się bili i trochę spiskowali, lecz ich duch narodowy wcale nie wisiał na krzyżu  — Gruzini, Ormianie, Azerowie, a niedługo później — Albańczycy. Z mieszkańcami niemieckich kolonii w Afryce i Azji historia obeszła się mniej łaskawie i musieli czekać na niepodległość jeszcze kilkadziesiąt lat.

Ceną za polską niepodległość była I wojna światowa.

Zatem jeśli komukolwiek konkretnie ją zawdzięczamy, to austrowięgierskiemu wywiadowi wojskowemu i niemieckiemu przemysłowi zbrojeniowemu, rosyjskiemu panslawizmowi i serbskiemu nacjonalizmowi, a nie polskim powstaniom. Tym samym Vuk Karadžić (przodek znanego nam Radovana Karadžića), poeta narodowy i reformator języka serbskiego, zasługuje na więcej wdzięczności niż nasz poczciwy Adam Mickiewicz.

Bez Karadžića nie byłoby w Sarajewie zamachowców z Młodej Bośni, którymi posłużyła się Czarna Ręka, tajna organizacja nacjonalistyczna kontrolowana przez Dragutina Dimitrijevića, szefa serbskiego wywiadu wojskowego, który sam jeszcze przed końcem I wojny światowej stanął przed serbskim plutonem egzekucyjnym za zdradę stanu. Wojny nie byłoby bez Franza von Hötzendorfa, feldmarszałka i szefa sztabu Austro-Węgier, który odpowiadał za eskalację konfliktu w lipcu 1914, i którego planom zamach na Franciszka Ferdynanda bardzo odpowiadał.

Nieskończenie większy wpływ na polską niepodległość niż Józef Piłsudski, Ignacy Paderewski, Roman Dmowski, Józef Haller, Tadeusz Rozwadowski, Edward Rydz, czy Władysław Sikorski razem wzięci, mieli nieznani w Polsce dowódcy pierwszego garnituru w owej wojnie – Aleksiej Brusiłow, wspomniany już Franz von Hötzendorf, Erich Ludendorff, Oskar Potiorek, Mustafa Kemal Atatürk, Nikoła Żekow, Ferdinand Foch, John Monash, Aleksandr Kołczak, Radomir Putnik, Živojin Mišić.

Zanim jednak znowu pomyślimy „cześć i chwała bohaterom”, przypomnijmy, że w I wojnie światowej, która przyniosła Polsce suwerenność, zginęło prawie 20 milionów ludzi, po połowie żołnierzy i cywilów, z czego ok. 500 tysiecy polskich żołnierzy służących w obcych armiach i walczących przeciwko sobie i kolejne kilkaset tysięcy cywilów, i że wojna zostawiła 22 miliony rannych i kalek, z czego ok. 900 tysięcy wśród Polaków.

Wszyscy mimowolni uczestnicy tego szaleństwa zapłacili straszną cenę, a proporcjonalnie najbardziej ucierpiała Serbia, która stała na drodze niemieckim snom o światowej potędze – Serbów zginął milion, jedna czwarta ludności i ponad połowa wszystkich mężczyzn w kraju. Może to oni, a nie Polacy, byli wyśnionym mesjaszem narodów?

Tak, czy inaczej, jeśli chce się propagandy, warto najpierw znać fakty.

Posted in any | Leave a comment

ulica Balzaka

Latem 2017 widziałem w Oriental Soup House, wietnamskim bistro przy ulicy Balzaka 35 w Budapeszcie, znanego węgierskiego pisarza. Było słoneczne popołudnie, szliśmy głodni z Wyspy Małgorzaty, przez most i wzdłuż Dunaju, nieopodal pomnika Raoula Wallenberga. Usiedliśmy na zewnątrz, przy jednym z dużych stolików, które stoją od strony ulicy Hollana. Przy ostatnim siedział starszy, siwy mężczyzna, w lnianej marynarce i białej koszuli; stereotypowy środkowoeuropejski intelektualista w upalny dzień, i najspokojniej w świecie jadł pho.

Dzień wciąż pełen był letniego światła, a my  piliśmy węgierskie sauvignon blanc, chłodne, rześkie, takie właśnie jak chce się pić w lecie i zaraz pojawiło się nasze pho — w tym miejscu zawsze wybitne (choć M. stale była zdania, że przeciętne, ale ona po prostu nie lubi wietnamskich zup), i wtedy właśnie dotarło do mnie, że mężczyzna, któremu się przyglądam to László Krasznahorkai ­— węgierski noblista, chciałoby się powiedzieć, ale na to jeszcze trzeba czekać.

Znani ludzie zwykle są niewarci zainteresowania; nigdy bym nikogo znanego nie zaczepiał, ale uznany węgierski pisarz, jeden z trzech największych współczesnych (a Esterhazy przecież nie żyje) to co innego, to nie jakiś podrzędny celebryta. Zagadywać starszego pana jednak głupio — raz, że przy posiłku, gdy człowiek chce mieć chwilę dla siebie, na zaznanie spokoju, dwa, że podobno Krasznahorkai jest strasznym gburem, trzy, najważniejsze, że wtedy, w lecie nie miałem przeczytanej żadnej jego książki, więc trudno byłoby o temat zagadnięcia. No może, co sądzi o Esterhazym, którego już czytałem.

Dziś żałuję, gdybym się nie bał jego trudnych książek, moglibyśmy zacząć rozmowę od chińskich dworców autobusowych i niekończących się zdań, jego znaku firmowego. 

Krasznahorkai zaczyna bowiem przepięknie powieść „Zniszczenie i smutek pod niebiosami”; zdaniem ciągnącym się przez całą stronę, którego nie sposób zrozumieć bez rozrysowania na kartce; zdaniem zniecierpliwionym, pogodzonym, lecz bez melancholii, raczej wściekle, jeśli wściekle można się z czymś pogodzić, w tym przypadku — z brzydkim lecz ujmującym światem płynącym mu przed oczami, węgierskiemu pisarzowi zdjętemu bezradnością, która przytrafia się na chińskim dworcu autobusowym, rano 5 maja 2002, bo taka wyczerpująca człowieka dobitność szczegółów zdarza się tylko o poranku.

Zrazu nie rozumiem co czytam, nie jestem pewien dokąd słowa zmierzają, kiedy, pewnie znienacka, miałyby się stać całymi zdaniami i całą historią, ale od razu mi się to podoba — obrazy przychodzące jeszcze przed zrozumieniem tekstu. Podoba mi się, bo sam czytając, widząc obrazy, a jeszcze nie rozumiejąc, jestem już na tym dworcu; niemy, bezsilny, pozbawiony pomysłu dokąd pójść, obezwładniony niepotrzebną brzydotą, odebraną nadzieją na to, że świat coś znaczy.

Stałem na takim dworcu, przestępowałem z nogi na nogę w kolejce do informacji i do kasy, niepewny o co chcę zapytać i układając chińskie słowa w głowie, snułem się po dziurawym asfalcie nie dowiedziawszy się niczego, patrząc na startujące dalekobieżne autobusy, poobijane i wymęczone długim życiem, na moim własnym dworcu dworców, dworcu beznadziejnych podróży donikąd, w miasteczku Tengchong, pośrodku niczego, pod granicą birmańską. Dobre trzy tysiące kilometrów od dworca w Nankinie, po którym snuje się parę lat później zziębnięty Krasznahorkai. Jest to jednak ten sam dworzec, jedna idea chińskiego dworca, bramy donikąd.

„Nie ma na tym świecie nic bardziej rozpaczliwego niż tak zwany południowo-zachodni regionalny dworzec autobusowy w Nankinie 5 maja 2002, krótko przed siódmą, w mżącym deszczu i nieubłaganym lodowatym wietrze, i w bezmiernym chaosie autobusów wyjeżdzających z zatok tej stacji; autobus regionalny, wyruszający spod numeru 5, powoli przedziera się naprzód — między innymi autobusami i między kałużami, między oszołomiony tłum nędznych, cuchnących, brudnych ludzi – aż do kłębowiska w ulicy, a następnie rusza w nędzne, cuchnące, brudne ulice; nie ma nic bardziej rozpaczliwego niż te ulice, niż te niekończące się baraki po każdej stronie, otępiałe w swojej prowizorycznej wieczności, gdyż nie ma słów na ten rozpaczliwy kolor, na tę z wolna morderczą odmianę brązu i szarości, która rozciąga się na miasto tego ranka, nie ma słów na napad tego rozpaczliwego zgiełku, gdy autobus zatrzymuje się krótko na większym skrzyżowaniu, czy na przystanku, a konduktorka o zmęczonych rysach otwiera drzwi, wychyla się z nadzieją na nowego pasażera, wykrzykuje kierunek podróży jak ochrypły sokół; ponieważ nie ma słów, które w swej istocie mogłoby znaczyć, czy kierunek, w jakim podróżuje teraz wraz z towarzyszem, swoim tłumaczem, istnieje w odniesieniu do świata; kierują się na zewnątrz, oddalając się od niego, świat jest ciągle dalej i dalej, ciągle pozostaje bardziej za nimi; są roztrzęsieni, rozbudzeni z góry ponurym brązem i żółcią tejże, coraz gęstszej, mgły nie do opisania; kierując się tam gdzie mogłoby, w co trudno uwierzyć, ale mogłoby być cokolwiek innego poza brązem i szarością tej przerażająco ponurej mieszaniny; siedzą na końcu zdezelowanego autobusu, ubrani na maj, ale na inny maj, więc im zimno, i drżą, i starają się wyglądać przez okno, ale ledwie co widać przez oblepioną brudem szybę, więc tylko powtarzają sobie: dobrze, spokojnie, w porządku, jakoś potrafią sobie radzić z sytuacją, żeby się nie dać tej brudnej i rozpaczliwej mgle — w tym jest ich jedyna nadzieja; że tam — tam, dokąd jadą, istnieje, że tam, dokąd wiezie ich ponoć ten autobus — jedna z najświętszych buddyjskich gór, Jiuhuashan – istnieje.”

László Krasznahorkai, “Destruction and Sorrow beneath the Heavens: Reportage”, Seagull Books, Mumbai 2011 
tłumaczenie własne z wydania angielskiego
Posted in any | Leave a comment

rue Pasteur

Najgorsze co jadłem w Wietnamie to kacze żołądki przy Rue Pasteur 158, na dachu starego bloku mieszkalnego w restauracji “Sekretny Ogród“. Nie było tam windy i szło się stromą klatką schodową z szarego betonu po wyślizganych schodach na ósme piętro i dalej na dach. Przeczytałem gdzieś, że warto się wspinać dla hipsterskiego klimatu, widoku i jedzenia. Wspinamy się więc. Z każdym piętrem coraz ciężej, lecz tym większą porażką byłoby zawrócić. Wreszcie ogród —stare rzeźby, dużo zieleni — bambus, warzywa, zioła — gustowne meble, wśród gości przechadzają się kury, widok nad krawędzią budynku na ciasne zaułki centrum miasta. Kury koszmarne, w zasadzie to koguty — nic sobie nie robią z gości i pieją co chwilę. Nie sposób rozmawiać, ani się skupić na książce, nie sposób kontemplować widoku, bo po paru chwilach wiem, że na widok koguta należy się w każdej chwili spodziewać hałasu, a kiedy jeden wreszcie zapiał, za moment przychodzi następny. Karta interesująca, Orient i Francja, interesujacy równiez pomysł na ogród na dachu modernistycznego, zapuszczonego bloku. Zamawiam zieleninę z nieszczęsnymi żołądkami, opis kojarzy mi się z czymś świetnym, co jadłem kiedyś w bistro francuskim w Warszawie, namówiony przez kelnera podpitego leczy zdecydowanego w rekomendacji. Obsługa zgodnie z ostrzeżeniem w przewodniku dość nonszalancka, porzuca nas i myśl o nas na tyle, że napoje pojawiają się dopiero na rachunku, zamówione jedzenie pojawia się choć nie za pierwszym podejściem i całkiem dalekie od oczekiwań. Cóż poradzić: narzekanie to chyba naturalne zajęcie turysty, jak robienie identycznych zdjęć i intensywne wpatrywanie się w mapę.

Pod numerem 167 przy tej samej rue Pasteur ma siedzibę Instytut Pasteura, pierwszy powstały poza Francją i działający do dziś. Założony został w 1891 przez jednego ze współpracowników patrona — Alberta Calmette, który w Sajgonie uzdatniał wodę pitną, produkował szczepionki na ospę i wściekliznę, badał jad węży i pszczół i przecinkowca cholery (odkrytego ledwie kilka lat wcześniej przez Roberta Kocha, arcy-konkurenta francuskich bakteriologów) i dżumę. Pałeczkę dżumy miał odkryć niebawem, już w 1894 podczas epidemii w Hongkongu inny młody współpracownik Pasteura – Alexandre Yersin, który założył kolejny Instytut w Indochinach w Nga Trang. Pod obecnym adresem w Sajgonie Instytut mieści się od 1905, lecz do 1955 ulica nazywała się Rue Pellerin, a ulica Pasteura była gdzie indziej. Jej obecna nazwa związana jest właśnie z tym, że mieścił się (i mieści) przy niej Instytut. Po zajęciu Sajgonu przez komunistów w 1975 ulica znów zmieniła nazwę (na Nguyễn Thị Minh Khai), lecz od 1991 znów nazywa się rue Pasteur.

Pod numerem 161 mieszkał do 1975 generał Nguyễn Văn Thiệu, przywódca junty wojskowej i ostatni prezydent Wietnamu Południowego. Generał-prezydent ewakuował się na Tajwan z szestanstoma tonami złota w walizach. Złoto zgubił po drodze i podobno przejęli je rosyjscy doradcy wojskowi, wśród których pracował przez kilka lat znany i szanowany w Polsce pułkownik Ryszard Kukliński (wówczas jeszcze ppłk. delegowany przez polski wywiad wojskowy).

Trochę dalej, przy rue Pasteur 176 mieściło się biuro amerykańskiego think-tanku, który zajmował się od początku lat sześćdziesiątych, na zlecenie amerykańskich sił zbrojnych, badaniem stanu ducha Wietnamczyków z Północy. Amerykanie nie zamierzali podbijać Wietnamu Północnego, ale zniechęcić komunistów do podejmowania prób zjednoczenia Północy z Południem, czy to przez inwazję wojskową, czy to przez wspieranie antyrządowej partyzantki na Południu. Wpadli na mało wyrafinowany pomysł bombardowania Północy, bez planów inwazji, raczej żeby odciągnąć uwagę komunistów od Południa. Nikt nie wiedział jednak, czy bombardowania są skuteczne — i czy morale mieszkańców Północy upada. Na początku lat sześćdziesiątych Rand Corp. podjęło badania skuteczności interwencji, opierając się na wywiadach setek uciekinierów i jeńców wojskowych z Północy.

Program nazywał się „The Vietnam Motivation and Morale Project” (Projekt Motywacji i Morale w Wietnamie). Transkrypty przesłuchań liczące ponad 60 tysięcy stron stanowiły podstawę do analiz i rekomendacji dla armii amerykańskiej i południowo-wietnamskiej. Projektem kierował Leon Goure, amerykański politolog, który urodził się w rodzinie rosyjskich rewolucjonistów, pechowo należących do mieńszewików, którzy uciekli z Rosji w latach dwudziestych XX wieku. Goure uważał, jak większość zaangażowanych w wojnę wojskowych i polityków w USA, że morale Północy, mieszkańców i żołnierzy, jest niskie i lada chwila się poddadzą. Nie zgadzał się z nim jeden z głównych analityków pracujących wówczas w Sajgonie — Konrad Kellen. Kellen pochodził z Berlina, gdzie nosił nazwisko Katzenellenbogen, był kuzynem Alberta Einsteina, sekretarzem Thomasa Manna, oficerem amerykańskiego wywiadu wojskowego w latach II wojny światowej i późniejszych. Jego specjalnością były przesłuchania; jednak nie wymuszanie zeznań, ale słuchanie ze zrozumieniem. Kellen, od początku zaangażowania militarnego USA był zdania, że nic nie wskazuje na to, żeby Północ miała się poddać, albo przegrać; wręcz przeciwne, amerykański wysiłek militarny przekładający się na ogromne zniszczenia i straty wśród wojska i ludności cywilnej Północy, miał efekt odwrotny od zamierzonego — wzmacniał morale Północy.

Pod koniec lat sześćdziesiątych Kellen przygotował własny raport dla amerykańskich władz „Conversations with Enemy Soldiers in Late 1968/Early 1969: A Study of Motivation and Morale” („Rozmowy z żołnierzami wroga w późnym 1968/wczesnym 1969: Studium motywacji i morale”), w którym zaleca USA wycofanie się z Wietnamu. Niestety nikt go nie posłuchał.

Raport Kellena można przeczytać tutaj —  raport , a tutaj można posłuchać podcastu Malcolma Gladwella o Goure, Kellenie i ich wietnamskiej współpracowniczce — podcast.

Po kiepskim obiedzie w Sekretnym Ogrodzie wstąpiliśmy na mrożoną kawę do przyjemnie wyglądającej kawiarni, tuż obok, przy rue Pasteur 156. Zachwycił mnie gwar w niej, który nagrałem na pamiątkę.

Posted in any | Leave a comment

szkolna rocznica

Jak się okazuje, tej jesieni okrągłą rocznicę obchodzi moje liceum. Gdy je zaczynałem świat był zupełnie inny; choć mosty, ulice i drzewa stały tam gdzie stały wcześniej i stoją do dziś, tam gdzie stać powinny gdy szło się rano do szkoły, to jednak świat wydawał się już wtedy całkiem nowożytny i nowoczesny zarazem. Mógł się nawet wydawać bardziej nowoczesny niż wydaje się dzisiaj, bo nowoczesny był wówczas optymistycznie — bez dzisiejszych strachów o ocieplenie klimatu, sztuczną inteligencję, wojny o wodę i resztki zasobów. Wreszcie był to świat w przededniu wielkiej zmiany na lepsze, końca historii i upadku muru berlińskiego. Czas jednak biegł dalej, ku kolejnym nowościom, czyniąc naszą starą szkołę jeszcze starszą niż była wtedy — czterystuletnia.

 Jednym z jej fundatorów, najznaczniejszym, który zostawił jej pieniądze, budynek i nazwisko, był kawaler maltański, artylerzysta i awanturnik, całkiem przypominający z żołnierskiego życiorysu Arciszewskiego (zabójstwo, banicja, żołnierska chwała zagranicą, powrót do Polski i służba Wazom), a z popiersia — swojego rówieśnika, Cervantesa. A może tylko tak sobie Cervantesa wówczas wyobrażałem? A pierwsza bitwa pod Lepanto, w której Cervantes stracił dłoń, mieszała mi się z drugą, w której ranny był nasz patron. 

Szkoła świętuje okrągłą rocznicę dość skromnie — bo ledwie kilka odczytów w centrum kongresowym, wieczorek poetycki, msza święta (choć na Wawelu i z arcybiskupem), a przedsięwzięcie objęła honorowym patronatem obecna Pierwsza Dama Rzeczpospolitej — czyli trochę pochwalnie, trochę nieśmiało i jakby całkiem bez pomysłu. A przecież historia instytucji, zamiast sztampową pochwałą tradycji, może być świetną okazją do krytycznej analizy i wglądu w kulturę.

Tropów i całkiem ciekawych tematów na konferencje naukowe, serial dokumentalny, grę miejsko-biblioteczną — w których przeglądałaby się nasza przeszłość i teraźniejszość — ma historia szkoły całkiem sporo.

Widziałbym choćby referaty: Jana Sowy o szkolnictwie w XVI i XVII wieku, przed reformami Kołłątaja i pytanie co jest najstarszym dziedzictwem naszej starej szkoły — miłość ojczyzny, czy miłość przywilejów stanowych (nie kształcą się w niej dzieci mieszczan i chłopów, ani nawet biednej szlachty, tylko bracia Jan i Marek Sobiescy), a Kazimiera Szczuka o „piekle kobiet” w publicystyce Tadeusza Boya-Żeleńskiego i dostępie do edukacji (liceum nasze zaczyna przyjmować dziewczęta dopiero w 1966, czyli równo 72 lata później niż UJ).

Dalej, widziałbym grę miejską — śladami Rafała Olbromskiego, który w gimnazjum celował w łacinie i niemieckim, grał w karty i ruszał na piesze wycieczki po lasach krzeszowickich i bielańskich — bo czemuż nie poświęcić uwagi i fikcyjnym absolwentom.

Widziałbym też serial dokumentalny o losach Józefa Bema, którego los zamiast inżynierem od maszyn parowych zrobił kolejno polskim, austriackim i węgierskim generałem, a na koniec tureckim marszałkiem.

Widziałbym jeszcze grę edukacyjną o temacie negocjacji politycznych, na wzór spotkania Daszyńskiego, Marszałka Sejmu, z Piłsudskim, marszałkiem skonfliktowanym z parlamentem, z którego ten ostatni wychodzi i w drzwiach rzuca ni to do siebie, ni to konwentu seniorów — „cóż to za dureń”, o Daszyńskim.

Widziałbym wreszcie Pierwszą Damę, która z małżonkiem, czyta na głos w telewizji Wyspiańskiego, ale nie jak dotąd — lekkie, obyczajowe „Wesele”, tylko coś stosowniejszego — „Wyzwolenie” może, albo i listy Wojciecha Bogusławskiego do króla Stanisława Augusta. Bo jak warto pamiętać, pasją pani prezydentowej (o czym donosiła prasa codzienna i kolorowa oraz telewizja publiczna), jest przede wszystkim literatura.

Przyznam, że mnie też szkoła najmocniej kojarzy się z książkami. Choćby z Josephem Conradem — który nie radząc sobie z nauką w naszej starej szkole, jako nastolatek wyjeżdża w 1874 do Marsylii i zostaje tam marynarzem. I postanowiłem w ramach uczczenia czterystu-trzydziestolecia liceum nadrobić zaległości i przeczytać tej jesieni „Szaleństwo Almayera”, „Serce ciemności” w oryginale i w adaptacji Dukaja, a także wyglądającą całkiem znakomicie (tak poleca ją John Le Carre) najnowszą biografię Conrada (ledwie sprzed roku) — Maya Jasanoff, The Dawn Watch: Joseph Conrad in a Global World.

Posted in any | Leave a comment

dr M

“Kropla potu ma trzy dziesięciotysięczne mikrona, jedną pięćdziesiątą grubość ludzkiego włosa. Jest niewidoczna, zniknięta, zanim się pokawi, za nią kryje się praocean, który dawno już wyparował, noszony wciąż przez wszystkie żywe organizmy, które są niczym więcej, jak tylko kopertą do przechowywania wspomnień czasu, kiedy cała planeta była żywym biotycznym wodnym zbiornikiem, protobulionem, po którym nie pozostał nawet ślad w składzie współczesnego oceanu, wszystko zniesione upływem czasu, rozpuszczone w milionach minionych lat.

Rzędy niewidocznych kropelek potu układają się na mikroskopijnych nierównościach skóry, wyciskają się powoli z gruczołów potowych, łączą w ledwie dostrzegalne meandrujące różańce, zlewają w zagłębieniach naskórka.

Patrzę, jak wydobywają się z tego zaniknięcia, rosną, stają się wreszcie wyraźnie widoczne i spływają po mojej skórze strużkami, wsiąkając w kolorowy koc upleciony w wysokich górach daleko od morza.

Dziś w Buenos Aires temperatura sięga czterdziestu stopni, upał jest ostatnią rzeczą, na którą przygotowałem się w podróży na dalekie południe.”

Przeczytałem jedną książkę, ostatnią, i czekam na następną, pierwszą o której usłyszałem. Sprawdzam co pisze do mnie księgarnia o paczce, która dziś nad ranem zaczęła zmierzać do punktu odbioru z magazynu centralnego. Niecierpliwię się.

W jednej z recenzji przeczytałem, że zanim wydał pierwszą książkę pod własnym nazwiskiem, pisał, tłumaczył, publikował. Szukam więc tych innych: pseudonimy, recenzje, powieści steampunkowe. Jest jedna, o Wokulskim. Są opowiadania. Jest reportaż/dziennik z Tybetu.

W internecie jest wszystko, trzeba tylko nauczyć się jak zadawać pytania (hint: Boolean search to zbyt wyrafinowane narzędzie).

Jest zatem i lekarski blog.

Posted in any | Leave a comment

Kto nauczy prawnika pisać?

Choć czytanie dla samej przyjemności wydaje mi się najlepszym co można robić z wolnym czasem, to w pracy właśnie czytanie jest najbardziej przykrym i męczącym obowiązkiem jaki można sobie wyobrazić. Przynajmniej w pracy prawnika.

Każdemu wydaje się bowiem, że pisze znakomicie. Trafności tego przekonania przeczy codzienna udręka czytania tego co piszą inni. A to umowy na różne okazje i proponowane poprawki do tychże, a to projekty ustaw z uzasadnieniami, a to pisma stron i uzasadnienia wyroków, a to wreszcie monografie akademickie i siermiężne komentarze do ustaw. Wszystko bez wyjątku pisane nieporadnie, rozwlekle, banalnie, na kolanie i pretensjonalnie wystawia smutne świadectwo temu jak piszący myślą. Fatalne pisanie powinno być rzadkością u prawników, bo przecież piszą dużo i codziennie, więc można pomyśleć, że w miarę ćwiczenia umiejętności powinny się poprawiać. Nic bardziej mylnego.

Amerykańscy prawnicy piszą całkiem poprawne eseje, artykuły i książki, a niekiedy nawet błyskotliwe i znakomite. Zazwyczaj mają też dobrze napisane orzeczenia sądowe,  choć z warstwą merytoryczną bywa różnie (a pewnie będzie coraz gorzej, bo już drugie miejsce w sądzie najwyższym obsadza niezrównany prezydent Trump intelektualistami ze swojego kręgu). Jeśli jednak ktoś przeczytał kilka dobrych orzeczeń amerykańskiego sądu najwyższego, to już nigdy nie będzie mógł czytać uzasadnień polskiego sądu konstytucyjnego (i nie mówię o obecnym TK, ale o jego “złotym wieku” czyli latach 1986 – 2015) bez melancholijnej rezygnacji na myśl o tym, że choć pismo na ziemiach polskich zagościło na stałe dobre kilkaset lat przed powstaniem USA, lecz jednak to my jesteśmy ciągle gdzieś na obrzeżach cywilizacji słowa pisanego.

Polscy prawnicy piszą tragicznie w każdym kontekście; bądźmy jednak szczerzy: bez czytania polskich orzeczeń sądowych, pism, artykułów, esejów, podręczników akademickich i komentarzy praktycznych, a nawet gazet codziennych, człowiek może żyć wygodnie, dostatnio i pogodnie, a zaoszczędzony czas poświęcić na delektowanie się stylem Richarda Posnera. Nie da się jednak pracować na swój chleb powszedni nie mając do czynienia ciągle z umowami: a to kartkowaną w windzie,  leżącą na biurku, albo na kolanach w samolocie; umowami – tymi opasłymi i rozwlekłymi bestiami z papieru, które straszą nie tylko ogromem i nadmiarem, lecz więcej – nieporadną, nachalną, pompatyczną, archaiczną angielszczyzną.

Oto jest nasze cierpienie codzienne, które zadajemy sobie nawzajem – okropne anglosaskie umowy pisane słowami, których używa się bez zrozumienia. Koszmarne umowy wszyscy piszą tak samo – bez wyjątku – absolwent Yale czy wydziału prawa podrzędnego uniwersytetu w Niemczech, Polsce czy Serbii. Prawnicy z Europy Wschodniej do staroangielskich zaklęć, które mamroczą bez zrozumienia, dodają w bonusie własne błędy gramatyczne.

Czy można coś z tym zrobić, czy już machnąć ręką, myśleć o emeryturze i czekać na chwilę, w której pisaniem i negocjowaniem umów dla biznesu zajmie się Sztuczna Inteligencja? Warto jak myślę przestać dręczyć innych: posprzątać biurko, nauczyć się pisać i nie przykładać już ręki do powodzi niechlujnie pisanych bzdur. Jeśli bowiem umiejętność pisania się upowszechni, będzie nam wszystkim na co dzień lżej czytać.

Zatem skoro wiemy, że chcemy pisać znakomicie to co teraz, dokąd po naukę? Można uczyć się od innych prawników, trzeba tylko uważać od kogo. Bezpiecznie jest korzystać z rad, których od lat udziela Kenneth Adams – amerykański prawnik, guru i orędownik prostoty. Pierwszy i jedyny,  od lat mówi wprost, że król jest nagi, a język amerykańskich i międzynarodowych kontraktów to pretensjonalny bełkot. Napisał świetny poradnik A Manual of Style for Contract Drafting, od kilkunastu lat pisze bloga.

Miałem kilka lat temu przyjemność wziąć udział w jego seminarium, o użyciu języka w kontraktach (a w zasadzie jasnego pisania) w nieco brutalistycznej scenerii polerowanego betonu i sztucznych wydm na Jutlandii, której sam Adams nie mógł się nachwalić na swoim blogu (budynek biurowy przypominający Tate Gallery ale ładniejszy). Spotkanie z Adamsem było pouczające, ale i nieco sentymentalne, bo byłem już od lat jego naprawdę wiernym czytelnikiem.

Adams powiada tak: “Tradycyjne przygotowanie umów obejmuje pewną kombinację improwizacji, polegania na konwencjonalnej wiedzy oraz funkcji kopiuj-wklej. W rezultacie umowy są generalnie pełne archaizmów, powtórzeń, przypadkowych struktur czasownikowych, nieporozumień i innych niedociągnięć. Dysfunkcyjne zastosowania sprawiają, że z umową trudniej pracować i stwarzają ryzyko pomyłek, tak jak wadliwe cegły, stal i drewno zagrażają integralności budynku.” Jego zdaniem źródłem problemu jest tradycjonalizm, bezmyślność i lenistwo („zawsze tak pisaliśmy i było dobrze”, „po co zmieniać sprawdzone wzory”, „prawo to sztuka”, „język prawniczy może się wydawać niezrozumiały, ale jest przecież precyzyjny”), a wystarczy pisać jasno, bez archaizmów (których i tak nikt nie rozumie, a w Europie Wschodniej nikt też ich nie potrafi wymówić) i standardowym językiem, bez nieznanych terminów, precyzyjnie – unikając powtórzeń, opowiadania historii i prowadzenia perswazji, wreszcie – zwięźle.

Dla uczestnika ciągnących się w nieskończoność narad i negocjacji, bywalca sal konferencyjnych od Edynburga, Rzymu, Londynu i Paryża, przez Sztokholm, Genuę, Kopenhagę i Tallin, po Hamburg, Pragę, Ałmaty i Warszawę, uwagi Adamsa brzmią odkrywczo, jak powiew świeżego powietrza w dusznym biurze. (Brzmi to jakbym naśladował manierę ostatnich wpisów Rafała Trzaskowskiego, lecz podobieństwo stylu jest zupełnie niezamierzone. Widocznie łączy nas więcej niż bym miał odwagi sam przed sobą przyznać).

Naturalnie z całego serca polecam blog i podręcznik Adamsa, ale polecam też rozwadze każdego piszącego na co dzień prawnika żeby sięgnąć głębiej. Bo gdyby tak stylu, wyrazistości i jasności, rezygnowania ze wszystkiego co zbędne uczyć się od zapomnianych poetów awangardowych?

Jeśli się zastanowić, to Ken Adams nie mówi nam nic odkrywczego. To samo mówił sto lat temu Ezra Pound.

W marcu 1913, w szóstym numerze powstałego ledwie pół roku wcześniej pisma poetyckiej bohemy z Chicago (jak to egzotycznie brzmi!) ukazującego się pod banalnym i rzeczowym tytułem „Poetry. A Magazine of Verse”, dwóch niedoszłych poetów publikuje lekkie w formie, lecz kategoryczne w wymowie, krótkie mini-eseje w dziale “komentarze redakcyjne”. Mini-eseje brzmi może nieco zbyt pompatycznie, ale manifest brzmi jeszcze gorzej, a wytyczne dla autorów z kolei zbyt biurokratycznie, zbyt odlegle właśnie od konwencji manifestu anty-poetyckiego. Magazyn ten ukazuje się nadal, pod nieznacznie zmienionym, nieco lżejszym tytułem „Poetry Magazine”. Wszystkie numery można przeczytać online.

Piszą do nas – poetów, dziennikarzy politycznych i sportowych, autorów listów miłosnych i orzeczeń sądów konstytucyjnych, wreszcie do najzwyklejszych prawników wertujących grube umowy; piszą do nas sprzed stu pięciu lat panowie – Frank Stewart Flint (kiedyś niszowy i mało znany, a dziś nieznany zupełnie) i Ezra Pound (dzisiaj zapomniany, a wówczas jeszcze nieznany; polskiemu czytelnikowi przedstawi go w 1983 Tadeusz Różewicz w wierszu „Jestem nikt”, jako szaleńca i ofiarę megalomanii, okrucieństwa wojennych zwycięzców i własnej fascynacji antyczną poezją).

Pierwszy zabiera głos Flint w mini-eseju „Imagisme” („Imagizm”), a zaraz za nim Ezra Pound w “A Few Don’ts by an Imagiste” (“Parę zakazów imagisty”)Flint dystansuje się od współczesnych, mówi nie jesteśmy jakimiś tam postimpresjonistami ani futurystami, myślimy o ich nieudaczności z dystansem, nie wołamy o manifest nowego, ani o rewolucję, głośno i wyraźnie mówimy aby wrócić do pisania prostego, zgodnego z tradycją antyczną.

Oto wszystkie przykazania Flinta:

  1. [pisać należy] Traktując bezpośrednio „przedmiot”, obiektywną czy subiektywną.
  2. Nie używać absolutnie żadnego słowa, które nie przyczynia się do przedstawienia.
  3. Jeśli chodzi o rytm: tworzyć w sekwencji muzycznej frazy, a nie w sekwencji taktomierza.

Pound ma dla nas więcej rad. Czy może ma jedną radę, ale przedstawia ją na wiele sposobów, żeby każdy dobrze zrozumiał:

„Nie używaj nadmiaru słów, żadnego przymiotnika, który by czegoś nie ujawniał.

Nie używaj takiego wyrażenia jak “mroczne krainy spokoju”. Przytępia obraz. Miesza abstrakcję z konkretem. Pochodzi z niezdania sobie sprawy przez pisarza, że naturalny przedmiot zawsze jest odpowiednim symbolem.

Bój się abstrakcji. Nie powtarzaj w przeciętnym wersie tego co już napisano dobrą prozą. Nie myśl, że ktokolwiek inteligentny da się zwieść, gdy starasz się wykręcić od trudności niewypowiedzialnie trudnej sztuki pisania dobrej prozy, dzieląc swoją kompozycję na długość linijek.

Czym dziś zmęczony jest ekspert, publiczność będzie zmęczona jutro.

Nie wyobrażaj sobie, że sztuka poezji jest w czymkolwiek prostsza niż sztuka muzyki, albo że mógłbyś zadowolić znawcę nim włożysz tyleż wysiłku w sztukę wierszowania co przeciętny nauczyciel gry na fortepianie wkłada w muzykę.

Nie używaj żadnego ozdobnika, albo używaj dobrego.

Nie bądź wizjonerem – zostaw to autorom drobnych esejów filozoficznych. Nie bądź opisowy; pamiętaj, że malarz może opisać krajobraz znacznie lepiej niż ty, i że musi o nim wiedzieć znacznie więcej.

Uwzględnij raczej styl naukowca niż styl agencji reklamowej w służbie nowego mydła.

Naukowiec nie oczekuje, że zostanie uznany za wielkiego naukowca, dopóki czegoś nie odkryje. Zaczyna od nauki tego, co już odkryto. Idzie z tego miejsca naprzód. Nie ufa temu że jest osobiście czarujący. Nie spodziewa się, że znajomi będą oklaskiwać jego wstępne osiągnięcia.

Początkujący w poezji niestety nie są zamykani w określonym i rozpoznawalnym pokoju klasowym. Szwendają się wszędzie. Czy można się zatem dziwić, że opinii publicznej poezja jest obojętna?

W skrócie, zachowuj się jak muzyk, jak dobry muzyk, gdy zajmujesz się tą frazą swojej sztuki, która ma dokładny odpowiednik w muzyce. Rządzą się one tymi samymi prawami, a ciebie nie obowiązują żadne inne.

Naturalnie twoja struktura rytmiczna nie powinna niszczyć kształtu twoich słów, ich naturalnego dźwięku ani ich znaczenia. Jest nieprawdopodobne, aby na początku można było uzyskać strukturę rytmiczną wystarczająco silną, aby znacząco na nie wpłynąć, choć możesz paść ofiarą wszelkiego rodzaju fałszywych zatrzymania z powodu końca wersu albo pauzy pośrodku.

[tłumaczenie własne; uprzejmie proszę wybaczać błędy – MK]

W kwietniowym numerze tego samego roku, ukazuje się kilka wierszy Pounda, w tym słynny „Na stacji metra” – modelowy utwór imagistyczny, krótki, zwięzły, bez czasownikowy, przywodzący dzisiejszemu odbiorcy na myśl haiku, nieznane jeszcze wtedy w świecie czytelniczym Zachodu.

In a Station of the Metro

The apparition of these faces in the crowd:

Petals on a wet, black bough.

Na stacji metra

Zwidzenie się tych twarzy w tłumie:

Płatki na mokrej, czarnej gałęzi.

[tłumaczenie własne; „apparition” dzieli tłumaczy – jedni idą w kierunku nadprzyrodzonej „zjawy”, niczym przedstawienia Dziadów na peronie warszawskiego metra, inni w kierunku „ukazania się”, które niby nawiązuje do łacińskiego źródła, ale wydaje mi się zanadto banalne]

Czy można dostać lepsze wskazówki?

Posted in any | Comments Off on Kto nauczy prawnika pisać?

Czy warto rozmawiać po drodze?

Raczej nie, ale bywają wyjątki. W zasadzie to nie lubię z nikim rozmawiać w podróży, tylko albo sobie rozmyślać (gapiąc się z pozoru bezmyślnie za okno), albo coś czytać, albo powiedzmy sobie szczerze po prostu spać. Jednak czasem wdaję się w rozmowę, ostatnio miałem trzy świetne pogawędki na trasie Warszawa – Budapeszt i z powrotem. Pierwsza z bardzo elokwentnym australijsko-hinduskim wykładowcą politologii o postmodernizmie, lewicy, postkolonialnej sprawiedliwości społecznej i nacjonalizmie – on gruby, ja gruby, więc w samolocie zagadałem „ale ciasno”, bo mi się wydał sympatyczny i chciałem żeby przesunął siatkę pod nogami. Druga z melancholijną intelektualistką rumuńsko-węgierską o obaleniu Ceausescu i węgierskich pisarzach (mój stały zestaw ulubieńców – Krudy, Marai, Esterhazy, Nadas); pretekstem była awantura z jakimś chamem, który na nią krzyczał, że nie wolno ruszać jego toreb z precjozami w schowku. Niedawno była trzecia z taksówkarzem, łączącym zamiłowanie do Węgier i melancholijną przenikliwość w sprawach polityki (jak również pewną nonszalancję w kwestii topografii Warszawy): mój rozmówca ceni PiS, bo dobrze rządzą i mają coś w rodzaju polityki demograficznej i sprawiedliwościowej (500+ i reprywatyzacja), ale za inne rzeczy ich nie ceni, cenił wcześniej PO, bo sprawnie rządzili, ale już ich nie ceni, bo nie mają wizji żadnej ani przywództwa, głosował na N ale się rozczarował ich bezideowością, druga kadencja PiS go nie przeraża, na Jakiego ani na Trzaskowskiego nie zagłosuje, bo pierwszy prostak, a drugi niemądry bufon i marzy mu się na prezydenta Warszawy Biedroń, bo to jak powiada byłaby najlepsza wizytówka Polski. Po czym pożegnał się ze mną komplementem, że kulturalny pasażer, z którym można pogadać trafia się raz na rok. I vice versa chciałoby się powiedzieć, choć przecież kulturalny kierowca trafie się znacznie częściej.

Posted in any | Comments Off on Czy warto rozmawiać po drodze?

Podróże, kawiarnie i cmentarze

Książki i podróże mocno się dla mnie łączą. Nawet gdy to podróże służbowe. Niewdzięczne siedzenie w ciasnych samolotach, chodzenie po lotniskach noga za nogą albo w pośpiechu, wyciąganie perfum, pasty do zębów i kremu do twarzy z walizki i paska ze spodni, czekanie w złości na spóźniające się samoloty – towarzyszy temu ciekawość celu podróży, miejsca nowego albo odwiedzanego cyklicznie, a ciekawości tej z kolei – chęć przeczytania czegoś o tymże miejscu. W samej mitrędze podróżowania odczuwa się potrzebę oswojenia tymczasowej przestrzeni wokół i szukanie komfortu w czymś znajomym, przyjaznym, interesującym – nie może się przydarzyć nic lepszego niż zatopienie w lekturze po drodze. W podróży największym wyzwaniem jest senność i chyba najgorszy jest tu samolot. Najprzyjemniej czyta się w pociągu, a nie najgorzej w komunikacji miejskiej, całkiem miło jest w obcym hotelu albo w parku, bywa, że uda się coś przeczytać w sali konferencyjnej, współczesnej świątyni biznesu, ale tu wrogiem bywa rozproszenie uwagi.

Książka w podróży to jednak nigdy nie będzie to przewodnik dla turystów, bo nie przepadam za nimi, oględnie mówiąc, za ich natrętnym, hurraoptymistycznym bzyczeniem „zobacz to, zobacz tamto”, pretensjonalną manierą wychwalania i polecania wszystkiego, terroryzowania listą obowiązkowych atrakcji, będących w istocie galerię smutnych, zapomnianych, trzeciorzędnych zabytków, za ich wyjątkowym pustosłowiem. Wyjątkiem są przewodniki zupełnie egzotyczne, po krainach i czasach już nieistniejących, jak przewodniki z końca XIX wieku, w których opis krajobrazu i dziełach sztuki przeplatają praktyczne uwagi o kolejach, kasach biletowych na dworcach, o parowcach na Dunaju, powozach, gościńcach, zajazdach i przeprawach przez rzekę.

Zawsze jednak lepszy niż najświetniejszy ilustrowany przewodnik będzie czarny berliński czy hamburski kryminał, z nazwami ulic i placów sprzed wojny, albo sztokholmski prowadzący stacjami metra, nazwami ulic i barami przy nich, albo melancholijna powieść budapesztańska z błąkaniem się w porannej mgle nad Dunajem i zapachem fiołków na Wzgórzu Gellerta. Lubię wreszcie dzienniki – osadzone w obcym miejscu i obcym czasie, które stają się w drodze niewymownie bliskie i niemal własne, bo bliskie sobie są losy obcych ludzi, wszystkie odgrywane według ledwie kilku schematów fabularnych – i tak miło się czyta, gdy Sandor Marai zanim przejdzie do smutnej refleksji nad bombardowaniami miasta, dzieli się swoją starością i znużeniem na pięćdziesiąt lat przed śmiercią, gdy zaczyna dzień od poranku w łaźni św. Łukasza i śniadania z zimną wędliną, żeby później żegnać się z księgozbiorem w mieszkaniu i zasłaniać okna kocami, rozmyślając co będzie z szybami i co z całym krajem, a wszystko to podczas oblężenia Budy w 1945, które minęło, a gruzów i trupów jakby nigdy nie było.

Przyjemnie czyta się też coś o podróży samej w sobie, jak doskonałe do pociągu książki podróżnicze Paula Theroux, najlepiej te kolejowe – „Wielki Bazar Kolejowy”, „Jechałem Żelaznym Kogutem”, „Pociąg Widmo do Gwiazdy Wschodu”. Theroux pisze o sobie i nam podobnych: „Podróżników zwykło się uważać za śmiałków, a przecież podróżowanie to tak naprawdę jeden z najbardziej leniwych sposobów spędzania czasu. Podróż to jednak nie tylko leniuchowanie, to cały złożony „proces” nieróbstwa, dzięki któremu możemy skupić uwagę bliskich na własnej nieobecności, zakłócając cudzą intymność i jawnie wykorzystując innych. (…) Pisarzy podróżników cechuje skłonność do generalizacji, wyciągania zbyt pochopnych wniosków, toteż ich dzieła to na ogół przegadane i pełne oczywistości powierzchowne monologi. Niebędąca niczym więcej jak tylko usankcjonowanym nudziarstwem relacja z podróży to najniższa forma literackiej masturbacji – nieuczciwe narzekactwo, artystowskie łgarstwo, pusty heroizm i choroba pozy – w dużej mierze naznaczonej syndromem Münchhausena. Rzecz jasna, o wiele trudniej jest zostać w domu, rozdawać uprzejmości i mierzyć się ze światem, tyle że to zbyt miałki materiał na książkę. Lepiej więc z pychą udawać awanturnika, szczycić się własnym istnieniem (…)” (cytat za polskim wydaniem, tłumaczenie Paweł Łopatka)

Unikam więc skwapliwie książek podróżniczych celebrytów, książek głupich, banalnych i prostackich, a to ze snobizmu i z szacunku dla przemijania: bo ileż jeszcze uda się przeczytać w życiu? – ledwie trzy, może cztery tysiące książek, zatem na Coelho, Pawlikowską i Cejrowskiego nie mam czasu, choćbym miał ochotę (inna rzecz, że ochoty też nie mam).

Podróż, im zbędniejsza tym bardziej sprzyja zainteresowaniu czymś niszowym, może nie dziwacznym, ale nieoczekiwanym – w ostatnich wycieczkach towarzyszy mi zbiór esejów węgierskich literaturoznawców pod redakcją Tibora Gintli, wydany jako tom ósmy serii Spectrum Hungarologicum (już tytuł serii wygląda zachęcająco) z jakże marzycielskim tytułem – „The Hungarian Writer of the Lost Time. Memory and Poetical Imitation in Krúdy Gyula’s Work” („Węgierski pisarz utraconego czasu. Pamięć i poetycka imitacja w dziełach Gyuli Krúdy ’ego”). Jednocześnie czytam poświęconą temuż Krúdy’emu powieść Sandora Marai – „Sindbad powraca do domu”, która stylizowana jest nieco na pisarstwo Krúdy ’ego, którego Marai znał, lubił i cenił, a może i trochę podziwiał, a trochę jest pisana prozą naturalistyczną, gdzie melancholijnemu światu przyglądamy się z dystansem. Marai urzekająco dedykuje wspomnianą powieść – nie pierwowzorowi bohatera, ale świadkom odchodzącego świata i życia zmarłego pisarza: „Restauratorom Kehlim, młodszemu Bródyemu, starszemu rudowłosemu kelnerowi, pisarzom, a także wszystkim tym kobietom, dżokejom, żeglarzom i dżentelmenom, którzy go znali i kochali, i opłakują świat, który odszedł wraz z nim.” (cytat za polskim wydaniem, tłumaczenie Teresa Worowska)

Nie zaryzykuję twierdzenia, że Krúdy  to mój ulubiony pisarz węgierski, bo z jego kilkudziesięciu powieści przeczytałem ledwie dwie, a i to pobieżnie; w ogóle węgierskich pisarzy znam niewielu i waham się między fascynacją Péterem Esterházym i Péterem Nádasem. Ale to Krúdy  wydaje mi się najznakomitszym przewodnikiem po mieście z czasów jego świetności, czy może raczej – z czasów gdy po świetności nastała tęsknota za złotymi dekadami przełomu wieków. Gdy mam przejść ulicą nazwaną na cześć nieznanego mi Węgra, wolę pójść ulicą Krúdy’ego.

Szukałem ledwie parę dni temu jego grobu na starym cmentarzu Kerepesi, bo tyle udało mi się ustalić z Wikipedii, że tam leży Gyula Krúdy i Dezső Kosztolányi, ale na grób tego drugiego już nie starczyło mi cierpliwości (dość powiedzieć, że sprawdziłem każdy grobowiec w „kwaterze artystów”). Spacerowałem zatem w upale po przepięknym cmentarzu, moim ulubionym chyba ze wszystkich cmentarzy. Przeczytałem o nim po raz pierwszy będąc w Budapeszcie kilka lat temu, w inne gorące lato i mieszkałem niedaleko, później zachwycał się tym cmentarzem Krzysztof Varga w którejś z książek, pewnie „Gulaszu z turula”, że to budapesztańskie Père Lachaise (paryski cmentarz ledwie 45 lat starszy). Jest jeszcze ładniejszy – to w zasadzie piękny park, dużo przestrzeni, żadnej ciasnoty ani tandety, kilka mauzoleów Węgrów z podręczników historii (do których z czasem nabrałem osobistego stosunku – jednych lubię, innych nie) i zwykle ładne, czasem zastanawiające, a czasem całkiem kiczowate rzeźby nagrobne – a to śpiący huzar w kamieniu, wśród drzew parku, pokłada się ukosem, jakby padł w walce, nierówno leży, wsparty na kamieniu, spokojny na twarzy zasnął myśląc o wolnej ojczyźnie, ręką jedną obejmuje sztandar. Albo żona kompozytora pozująca całkiem nago, stoi na palcach na piłce, można ją obejść dookoła w spokoju, w cieniu drzewa i kontemplować jej doskonałe ciało, całkiem nieśmiertelne. Do tego nieco mieszczańsko-religijnego banału, ale nie plastikowego tylko marmurowego – tu zafrasowany Jezus, tu śmierć, tam znowy anioł, tu majestatyczny zmarły. Rzeczywistość cmentarna jest uporządkowana – zmarli mimo, że równi wobec śmierci, nie są wcale zaprzyjaźnieni – osobno leżą sowieccy żołnierze polegli w 45 i w 56 (tak – najeźdźcy mają swoją kwaterę), osobno węgierscy komuniści z pierwszej republiki (1919), a osobno komuniści 45-89, osobno powstańcy 1849, a gdzie indziej jeszcze jakobini, z daleka od Sowietów, ale blisko komunistów z 1919 leżą powstańcy węgierscy z 1956. Osobno artyści i osobno naukowcy. W końcu znalazłem Krúdy ’ego (poniżej zdjęcie jego grobu) i było to niezwykle miłe znać go nie tylko z książek i zdjęcia w kawiarni, w której zwykł bywać, ale spoglądać na jego grób. Chciałem też obejrzeć grób Pétera Esterházy, ale jest daleko od Budapesztu w rodowej starej kaplicy, więc może przy innej okazji.

O ile Esterházy jest przewodnikiem raczej po kondycji ludzkiej i ironicznej wersji historii węgierskiej arystokracji, to Krúdy i Marai, a także eseje hungarystów o Krúdym są najlepszym przewodnikiem po Budapeszcie, mieście pociągającym, egzotycznym ale intuicyjnym, obcym ale przewidywalnym. Więcej z tego miasta rozumiem i choć patrzę na nie cudzymi oczyma, to nie są to oczy podpitego hałaśliwego dresiarza z Manchesteru wydeptującego codziennie tą samą ścieżkę w siódmej dzielnicy od pubu do baru i z powrotem, ale oczy zbiorowego sentymentalnego Węgra, trochę pijaka i lekkoducha, a trochę filozofa i dzięki niemu widzę w przemierzanych dzisiaj ulicach miasto sprzed stu lat, miasto-świadka uprzemysłowienia, migracji robotników i arystokracji – z transylwańskiej wsi do przemysłowego i Pesztu, z widokiem na Budę – miasteczko niemieckich osadników, którzy na wzgórzach zajęli miejsce Turków. Ten pisarz zachwyca się miastem, jego światowym rozmachem. Przyjeżdżam i wiem co mnie czeka, bo Krúdy wszystko dla mnie sto lat temu opisał:

„Codziennie budowali, pałace były zwieńczone wieżami unoszącymi się ku słońcu; nocą można było pomyśleć, że nieustannie kogoś chowają – bezkresny sznur dwukółek wywoził z miasta starą, zepsutą materię, trupy starych ludzi i starych domów, starych ulic i starych zwyczajów”

Placyki Śródmieścia były jak pudełka ze słodyczami. Wietrzyk od Dunaju kręcił piruety z promieniami słońca, połyskiwały wynajęte powozy, właśnie opuszczane przez hrabiny z delikatnymi stópkami; emeryci siedzieli na ławkach w nieskazitelnie czystych ubraniach; właściciel sklepu warzywnego ze swoimi wiklinowymi koszami i piekarz pachnący świeżymi kajzerkami całowali rączki pokojówek w czarnej bombazynie, kiedy te zadzwoniły do drzwi; wężowe talie przekupek, białe bluzki modystek […] i srebrzyste głowy księgarzy nadawały ton tej dzielnicy. Kto raz zamieszkał w Śródmieściu, do końca życia pozostanie człowiekiem dystyngowanym. Łatwo było dobrze się ubrać w stroje z tamtejszych witryn, łatwo było nauczyć się być modnym i każdy mógł kupować na kredyt. Słynne sklepy sprzedające najlepsze towary z Londynu, garnitury, kapelusze, rękawiczki, zapadały w pamięć jak wielkie jesienne polowania na lisy. Artykuły z Paryża dostarczano bezpośrednio, pachnące jak kobiety przed wielkim balem […]. Kelner w kawiarni wkładał ci w dłonie świeże wydanie „Le Figaro”. Fryzjer nauczył się swojego fachu w Paryżu; dziewice haftowały inicjały na bieliźnie; sklep z przyprawami pachniał wielkim frachtowcem właśnie przybyłym z Bombaju. Wokół hoteli świeciło obuwie bogatych cudzoziemców, zasłony powozów rzadko skrywały zuchwałe demi-mondaines, biżuteria oślepiała swoim blaskiem, a w bankowych kasach wypłacano nowiutkie banknoty. Błogosławione lata Śródmieścia! Jak młodość – czy kiedyś powrócą?” (cytaty z niepublikowanych w Polsce utworów za J. Lukacs, „Budapeszt 1900” w tłumaczeniu Tomasza Bieronia)

Pokolenie węgierskich literatów przełomu wieków przesiadywało w kawiarniach i poniekąd chyba stworzyło środkowoeuropejską kulturą kawiarni literackich. Dziś tej kultury już nie ma – bywają kawiarnie odtworzone, jak Centrál Kávéház niedaleko Mostu Elżbiety, w tym samym miejscu, z właściwą nazwą i wystrojem, ze zdjęciami bywalców-pisarzy na ścianach, z gablotami pełnymi oryginalnych numerów pisma „Nyugat” („Zachód”), które miało tutaj nieoficjalną redakcję (milej się spotykało na kolegia redakcyjne i pisało eseje w kawiarni niż w biurze). Centrál podkręca te doznania i każe turyście poczuć się poetą, kładąc mu na marmurowy stolik obok popołudniowej kawy z tortem Esterhazy, albo sobotniego śniadania z prosecco, wiersz po węgiersku i angielsku, codziennie inny (sprawdzałem) z zakreślonymi kluczowymi słowami w obu językach, żeby tak zachęcony turysta napisał wiersz własny, byle krótki, na wydzielonej części kartki.

I choć dziś Centrál Kávéház wcale nie jest martwa, bo przecież pełna ludzi, to jednak jest tylko muzeum, choć muzeum ładne, przyjemne i wzruszające nawet. Inne budapeszteńskie kawiarnie literackie sprzed stu lat nie są nawet muzeami, ale jakimiś atrapami przeszłości, gdzie nie pada przy stolikach ani słowo po węgiersku, nie ma książek, tylko mieszczański blichtr, a z języków słychać tylko niemiecki i japoński, rzadko angielski, a węgierskiego nigdy.

Trudno nie lubić kawiarni z książkami, w których można je przeglądać i kupować, albo tylko czytać, ale nie ma już w naszych czasach kawiarnie literackich jak sprzed stu lat, z książek Krúdy ’ego, czy z historycznych esejów o minionym świecie – mam tu na myśli dwie piękne prace o kulturze stolic Austro-Węgier z przełomu wieków, czyli Fin-de-siecle Vienna: Politics and Culture napisane przez Carla Schorskie, oraz  Budapest 1900 Johna Lukacsa. Lubię Massolit w Krakowie i w Budapeszcie, albo Wrzenie Świata w Warszawie, w których książki i kawa są dla czytelników, nieodzownie ze sobą związane, milsza dla oka jest też ich klientela. Jednak dzisiejsze kawiarnie, nawet te z książkami, nie są miejscami życia literackiego.

Kawiarnia literacka przed stu laty to jednak coś innego. Mówi się, że najważniejsze nowoczesne, kulturotwórcze instytucje literackie przełomu wieków, to właśnie kawiarnia literacka i kabaret, w których mieściło się całe spektrum kultury modernistycznej, od jej centrum do obrzeży. Instytucja kawiarni funkcjonowała w Europie od XVII wieku, a niektóre z nich odegrały historyczną rolę w Europie Środkowej już w XIX – słynna na Węgrzech jest Plivax Cafe w Peszcie, gdzie zbierali się radykalni pisarze i intelektualiści w 1848, gdzie spiskowali i splatali swoje losy z nieszczęsną rewolucją anty-habsburską. Kawiarnie literackie w modernistycznym kontekście pojawiły się jednak w dekadach około 1900 i pełniły już inną funkcję niż miejsce spotkań rewolucjonistów. Stanowiły miejsce spędzania czasu towarzyskiego i twórczego przez nową, twórczą grupę – można w nich było przeczytać prasę, zagrać w karty i szachy, zjeść i dyskutować. Nade wszystko jednak kawiarnie zaczęły żyć dziennikarstwem i pisarstwem – służyły za drugie, mniej formalne redakcje gazet – odbywały się w nich posiedzenia kolegium, omawiano bieżące tematy, ale też – przede wszystkim pisano. Kosztolányi pisze o Budapeszcie jako o Mieście Kawy (“kávéváros”), w którym wszystko co piękne i wzniosłe, co wyrasta ponad przebrzydłą codzienność, bierze się w kawiarniach.

Najbliżej fenomenu środkowoeuropejskiej kawiarni literackiej sprzed stu lat, nie wiedząc jeszcze nic o tymże, znalazłem się w połowie lat dziewięćdziesiątych będąc w Buffalo (w stanie Nowy Jork) na studenckiej konferencji o prawie międzynarodowym. Konferencja, jak to bywa, była trochę ciekawa, a trochę wiadomo było co kto powie. Ciekawy był dla mnie pierwszy kontakt z amerykańską kulturą uniwersytecką, tamtejszymi prawnikami, studenckimi kłótniami o prawa człowieka, Kelsena i kapitalizm przy kolacji u dziekana w podmiejskim domu. Mieszkałem w dziewiętnastowiecznej, ładnej kamienicy w centrum miasta, w gościnnym pokoju w dużym studenckim mieszkaniu. Był kwiecień, ale znienacka mógł jeszcze spaść śnieg i okiennice były jeszcze po zimie zabezpieczone folią. Światło i powietrze było wiosenne.  W pierwszy wieczór przeszedłem z tamtejszymi kolegami, których już wtedy uważałem za lekko ekscentrycznych, na na spacer po mieście i do ich ulubionej kawiarni. Powiedzieć, że było tam hipstersko to nic nie powiedzieć. Trafiliśmy w miejsce jak wyjęte z przewodnika po dzisiejszej sentymentalnej Europie Środkowej – kawiarni w starej kamienicy, z wysokimi sufitami, starą stolarką okienną i podłogami sprzed stu lat, zdekompletowanymi meblami, dobrą kawą z fair trade (jeśli już wtedy się tak nazywała) i trafiliśmy na wieczorek poetycki. Nie spotkanie autorskie, na którym czytelnicy zadają inteligentne pytania a ulubiony autor wyrozumiale odpowiada, a potem czyta fragment ostatniej książki, czyli schematu autor – konsument kultury. Wieczorek poetycki polegał na tym, że połowa zgromadzonych osób czytała po kolei swoje wiersze, a następnie wszyscy je komentowali. Wiec siedzę sobie, piję kawę, oczy mam wielkie jak filiżanki, bo wcześniej to byłem może na wykładzie Miłosza albo Kapuścińskiego, a tu siedząca na parapecie dziewczyna opatulona w koc czyta swoje wiersze. Rozumiałem z tych wierszy co prawda co trzecie słowo, ale atmosfera i pomysł słodzenia kawy miodem wydawały mi się odkrywcze.

Przez Centrál Kávéház przewijają się mimochodem bohaterowie współczesnej polskiej powieści, szpieg i łączniczka, bo ta ostatnia zakochana jest od lat w węgierskim pisarzu i mimo klęski wrześniowej w ojczyźnie chce na niego choćby popatrzeć przez chwilę przy drugim śniadaniu.

„Niczego nie rozumiem. Siadam do śniadania.

 – Nie zjedz za dużo, na drugie pójdziemy do Centrál Kávéház. To jak Ziemiańska, tylko większa i ładniejsza i pisarzy w niej mają lepszych.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Nigdy nie lubiłem naszych pisarzy. Potrzebowałem ich sławy, tak jak innych artystów, ale nie lubiłem. Mieli coś, czego ja nie mam, i nawet nie umiem określić dokładnie co, ale czuję, a raczej czułem tego brak.

– A przede wszystkim jest – dodałem.

– Słucham?

– Jest. A Ziemiańskiej już nie ma. To znaczy lokal jest, nawet byłem niedawno, otwarty, ale Ziemiańskiej już nie ma, bo kto tam teraz przyjdzie i po co?

– To smutne – zamyśliła się Dzidzia.

– Wcale nie – odpowiedziałem od razu. – Wcale nie smutne. Nie żal mi. Było, a teraz nie ma. I pewnie już nie będzie. I co z tego?” (Szczepan Twardoch, Morfina)

Miło jest przejść tedy mostem Franciszka Józefa (stoi tam i dzisiaj, ale inaczej nazwany) śladami Konstantego z „Morfiny”, miło popatrzeć z mostu na hotel, w którym Konstanty się zatrzymał i pomyśleć, że miał rację Twardoch pisząc, że pisarzy mieli Węgrzy lepszych. I zastanawiać się dlaczego.

***

Posted in any | Comments Off on Podróże, kawiarnie i cmentarze