Podróże, kawiarnie i cmentarze

Książki i podróże mocno się dla mnie łączą. Nawet gdy to podróże służbowe. Niewdzięczne siedzenie w ciasnych samolotach, chodzenie po lotniskach noga za nogą albo w pośpiechu, wyciąganie perfum, pasty do zębów i kremu do twarzy z walizki i paska ze spodni, czekanie w złości na spóźniające się samoloty – towarzyszy temu ciekawość celu podróży, miejsca nowego albo odwiedzanego cyklicznie, a ciekawości tej z kolei – chęć przeczytania czegoś o tymże miejscu. W samej mitrędze podróżowania odczuwa się potrzebę oswojenia tymczasowej przestrzeni wokół i szukanie komfortu w czymś znajomym, przyjaznym, interesującym – nie może się przydarzyć nic lepszego niż zatopienie w lekturze po drodze. W podróży największym wyzwaniem jest senność i chyba najgorszy jest tu samolot. Najprzyjemniej czyta się w pociągu, a nie najgorzej w komunikacji miejskiej, całkiem miło jest w obcym hotelu albo w parku, bywa, że uda się coś przeczytać w sali konferencyjnej, współczesnej świątyni biznesu, ale tu wrogiem bywa rozproszenie uwagi.

Książka w podróży to jednak nigdy nie będzie to przewodnik dla turystów, bo nie przepadam za nimi, oględnie mówiąc, za ich natrętnym, hurraoptymistycznym bzyczeniem „zobacz to, zobacz tamto”, pretensjonalną manierą wychwalania i polecania wszystkiego, terroryzowania listą obowiązkowych atrakcji, będących w istocie galerię smutnych, zapomnianych, trzeciorzędnych zabytków, za ich wyjątkowym pustosłowiem. Wyjątkiem są przewodniki zupełnie egzotyczne, po krainach i czasach już nieistniejących, jak przewodniki z końca XIX wieku, w których opis krajobrazu i dziełach sztuki przeplatają praktyczne uwagi o kolejach, kasach biletowych na dworcach, o parowcach na Dunaju, powozach, gościńcach, zajazdach i przeprawach przez rzekę.

Zawsze jednak lepszy niż najświetniejszy ilustrowany przewodnik będzie czarny berliński czy hamburski kryminał, z nazwami ulic i placów sprzed wojny, albo sztokholmski prowadzący stacjami metra, nazwami ulic i barami przy nich, albo melancholijna powieść budapesztańska z błąkaniem się w porannej mgle nad Dunajem i zapachem fiołków na Wzgórzu Gellerta. Lubię wreszcie dzienniki – osadzone w obcym miejscu i obcym czasie, które stają się w drodze niewymownie bliskie i niemal własne, bo bliskie sobie są losy obcych ludzi, wszystkie odgrywane według ledwie kilku schematów fabularnych – i tak miło się czyta, gdy Sandor Marai zanim przejdzie do smutnej refleksji nad bombardowaniami miasta, dzieli się swoją starością i znużeniem na pięćdziesiąt lat przed śmiercią, gdy zaczyna dzień od poranku w łaźni św. Łukasza i śniadania z zimną wędliną, żeby później żegnać się z księgozbiorem w mieszkaniu i zasłaniać okna kocami, rozmyślając co będzie z szybami i co z całym krajem, a wszystko to podczas oblężenia Budy w 1945, które minęło, a gruzów i trupów jakby nigdy nie było.

Przyjemnie czyta się też coś o podróży samej w sobie, jak doskonałe do pociągu książki podróżnicze Paula Theroux, najlepiej te kolejowe – „Wielki Bazar Kolejowy”, „Jechałem Żelaznym Kogutem”, „Pociąg Widmo do Gwiazdy Wschodu”. Theroux pisze o sobie i nam podobnych: „Podróżników zwykło się uważać za śmiałków, a przecież podróżowanie to tak naprawdę jeden z najbardziej leniwych sposobów spędzania czasu. Podróż to jednak nie tylko leniuchowanie, to cały złożony „proces” nieróbstwa, dzięki któremu możemy skupić uwagę bliskich na własnej nieobecności, zakłócając cudzą intymność i jawnie wykorzystując innych. (…) Pisarzy podróżników cechuje skłonność do generalizacji, wyciągania zbyt pochopnych wniosków, toteż ich dzieła to na ogół przegadane i pełne oczywistości powierzchowne monologi. Niebędąca niczym więcej jak tylko usankcjonowanym nudziarstwem relacja z podróży to najniższa forma literackiej masturbacji – nieuczciwe narzekactwo, artystowskie łgarstwo, pusty heroizm i choroba pozy – w dużej mierze naznaczonej syndromem Münchhausena. Rzecz jasna, o wiele trudniej jest zostać w domu, rozdawać uprzejmości i mierzyć się ze światem, tyle że to zbyt miałki materiał na książkę. Lepiej więc z pychą udawać awanturnika, szczycić się własnym istnieniem (…)” (cytat za polskim wydaniem, tłumaczenie Paweł Łopatka)

Unikam więc skwapliwie książek podróżniczych celebrytów, książek głupich, banalnych i prostackich, a to ze snobizmu i z szacunku dla przemijania: bo ileż jeszcze uda się przeczytać w życiu? – ledwie trzy, może cztery tysiące książek, zatem na Coelho, Pawlikowską i Cejrowskiego nie mam czasu, choćbym miał ochotę (inna rzecz, że ochoty też nie mam).

Podróż, im zbędniejsza tym bardziej sprzyja zainteresowaniu czymś niszowym, może nie dziwacznym, ale nieoczekiwanym – w ostatnich wycieczkach towarzyszy mi zbiór esejów węgierskich literaturoznawców pod redakcją Tibora Gintli, wydany jako tom ósmy serii Spectrum Hungarologicum (już tytuł serii wygląda zachęcająco) z jakże marzycielskim tytułem – „The Hungarian Writer of the Lost Time. Memory and Poetical Imitation in Krúdy Gyula’s Work” („Węgierski pisarz utraconego czasu. Pamięć i poetycka imitacja w pracach Gyuli Krúdy ’ego”). Jednocześnie czytam poświęconą temuż Krúdy’emu powieść Sandora Marai – „Sindbad powraca do domu”, która stylizowana jest nieco na pisarstwo Krúdy ’ego, którego Marai znał, lubił i cenił, a może i trochę podziwiał, a trochę jest pisana prozą naturalistyczną, gdzie melancholijnemu światu przyglądamy się z dystansem. Marai urzekająco dedykuje wspomnianą powieść – nie pierwowzorowi bohatera, ale świadkom odchodzącego świata i życia zmarłego pisarza: „Restauratorom Kehlim, młodszemu Bródyemu, starszemu rudowłosemu kelnerowi, pisarzom, a także wszystkim tym kobietom, dżokejom, żeglarzom i dżentelmenom, którzy go znali i kochali, i opłakują świat, który odszedł wraz z nim.” (cytat za polskim wydaniem, tłumaczenie Teresa Worowska)

Nie zaryzykuję twierdzenia, że Krúdy  to mój ulubiony pisarz węgierski, bo z jego kilkudziesięciu powieści przeczytałem ledwie dwie, a i to pobieżnie; w ogóle węgierskich pisarzy znam niewielu i waham się między fascynacją Péterem Esterházym i Péterem Nádasem. Ale to Krúdy  wydaje mi się najznakomitszym przewodnikiem po mieście z czasów jego świetności, czy może raczej – z czasów gdy po świetności nastała tęsknota za złotymi dekadami przełomu wieków. Gdy mam przejść ulicą nazwaną na cześć nieznanego mi Węgra, wolę pójść ulicą Krúdy’ego.

Szukałem ledwie parę dni temu jego grobu na starym cmentarzu Kerepesi, bo tyle udało mi się ustalić z Wikipedii, że tam leży Gyula Krúdy i Dezső Kosztolányi, ale na grób tego drugiego już nie starczyło mi cierpliwości (dość powiedzieć, że sprawdziłem każdy grobowiec w „kwaterze artystów”). Spacerowałem zatem w upale po przepięknym cmentarzu, moim ulubionym chyba ze wszystkich cmentarzy. Przeczytałem o nim po raz pierwszy będąc w Budapeszcie kilka lat temu, w inne gorące lato i mieszkałem niedaleko, później zachwycał się tym cmentarzem Krzysztof Varga w którejś z książek, pewnie „Gulaszu z turula”, że to budapesztańskie Père Lachaise (paryski cmentarz ledwie 45 lat starszy). Jest jeszcze ładniejszy – to w zasadzie piękny park, dużo przestrzeni, żadnej ciasnoty ani tandety, kilka mauzoleów Węgrów z podręczników historii (do których z czasem nabrałem osobistego stosunku – jednych lubię, innych nie) i zwykle ładne, czasem zastanawiające, a czasem całkiem kiczowate rzeźby nagrobne – a to śpiący huzar w kamieniu, wśród drzew parku, pokłada się ukosem, jakby padł w walce, nierówno leży, wsparty na kamieniu, spokojny na twarzy zasnął myśląc o wolnej ojczyźnie, ręką jedną obejmuje sztandar. Albo żona kompozytora pozująca całkiem nago, stoi na palcach na piłce, można ją obejść dookoła w spokoju, w cieniu drzewa i kontemplować jej doskonałe ciało, całkiem nieśmiertelne. Do tego nieco mieszczańsko-religijnego banału, ale nie plastikowego tylko marmurowego – tu zafrasowany Jezus, tu śmierć, tam znowy anioł, tu majestatyczny zmarły. Rzeczywistość cmentarna jest uporządkowana – zmarli mimo, że równi wobec śmierci, nie są wcale zaprzyjaźnieni – osobno leżą sowieccy żołnierze polegli w 45 i w 56 (tak – najeźdźcy mają swoją kwaterę), osobno węgierscy komuniści z pierwszej republiki (1919), a osobno komuniści 45-89, osobno powstańcy 1849, a gdzie indziej jeszcze jakobini, z daleka od Sowietów, ale blisko komunistów z 1919 leżą powstańcy węgierscy z 1956. Osobno artyści i osobno naukowcy. W końcu znalazłem Krúdy ’ego (poniżej zdjęcie jego grobu) i było to niezwykle miłe znać go nie tylko z książek i zdjęcia w kawiarni, w której zwykł bywać, ale spoglądać na jego grób. Chciałem też obejrzeć grób Pétera Esterházy, ale jest daleko od Budapesztu w rodowej starej kaplicy, więc może przy innej okazji.

O ile Esterházy jest przewodnikiem raczej po kondycji ludzkiej i ironicznej wersji historii węgierskiej arystokracji, to Krúdy i Marai, a także eseje hungarystów o Krúdym są najlepszym przewodnikiem po Budapeszcie, mieście pociągającym, egzotycznym ale intuicyjnym, obcym ale przewidywalnym. Więcej z tego miasta rozumiem i choć patrzę na nie cudzymi oczyma, to nie są to oczy podpitego hałaśliwego dresiarza z Manchesteru wydeptującego codziennie tą samą ścieżkę w siódmej dzielnicy od pubu do baru i z powrotem, ale oczy zbiorowego sentymentalnego Węgra, trochę pijaka i lekkoducha, a trochę filozofa i dzięki niemu widzę w przemierzanych dzisiaj ulicach miasto sprzed stu lat, miasto-świadka uprzemysłowienia, migracji robotników i arystokracji – z transylwańskiej wsi do przemysłowego i Pesztu, z widokiem na Budę – miasteczko niemieckich osadników, którzy na wzgórzach zajęli miejsce Turków. Ten pisarz zachwyca się miastem, jego światowym rozmachem. Przyjeżdżam i wiem co mnie czeka, bo Krúdy wszystko dla mnie sto lat temu opisał:

„Codziennie budowali, pałace były zwieńczone wieżami unoszącymi się ku słońcu; nocą można było pomyśleć, że nieustannie kogoś chowają – bezkresny sznur dwukółek wywoził z miasta starą, zepsutą materię, trupy starych ludzi i starych domów, starych ulic i starych zwyczajów”

Placyki Śródmieścia były jak pudełka ze słodyczami. Wietrzyk od Dunaju kręcił piruety z promieniami słońca, połyskiwały wynajęte powozy, właśnie opuszczane przez hrabiny z delikatnymi stópkami; emeryci siedzieli na ławkach w nieskazitelnie czystych ubraniach; właściciel sklepu warzywnego ze swoimi wiklinowymi koszami i piekarz pachnący świeżymi kajzerkami całowali rączki pokojówek w czarnej bombazynie, kiedy te zadzwoniły do drzwi; wężowe talie przekupek, białe bluzki modystek […] i srebrzyste głowy księgarzy nadawały ton tej dzielnicy. Kto raz zamieszkał w Śródmieściu, do końca życia pozostanie człowiekiem dystyngowanym. Łatwo było dobrze się ubrać w stroje z tamtejszych witryn, łatwo było nauczyć się być modnym i każdy mógł kupować na kredyt. Słynne sklepy sprzedające najlepsze towary z Londynu, garnitury, kapelusze, rękawiczki, zapadały w pamięć jak wielkie jesienne polowania na lisy. Artykuły z Paryża dostarczano bezpośrednio, pachnące jak kobiety przed wielkim balem […]. Kelner w kawiarni wkładał ci w dłonie świeże wydanie „Le Figaro”. Fryzjer nauczył się swojego fachu w Paryżu; dziewice haftowały inicjały na bieliźnie; sklep z przyprawami pachniał wielkim frachtowcem właśnie przybyłym z Bombaju. Wokół hoteli świeciło obuwie bogatych cudzoziemców, zasłony powozów rzadko skrywały zuchwałe demi-mondaines, biżuteria oślepiała swoim blaskiem, a w bankowych kasach wypłacano nowiutkie banknoty. Błogosławione lata Śródmieścia! Jak młodość – czy kiedyś powrócą?” (cytaty z niepublikowanych w Polsce utworów za J. Lukacs, „Budapeszt 1900” w tłumaczeniu Tomasza Bieronia)

Pokolenie węgierskich literatów przełomu wieków przesiadywało w kawiarniach i poniekąd chyba stworzyło środkowoeuropejską kulturą kawiarni literackich. Dziś tej kultury już nie ma – bywają kawiarnie odtworzone, jak Centrál Kávéház niedaleko Mostu Elżbiety, w tym samym miejscu, z właściwą nazwą i wystrojem, ze zdjęciami bywalców-pisarzy na ścianach, z gablotami pełnymi oryginalnych numerów pisma „Nyugat” („Zachód”), które miało tutaj nieoficjalną redakcję (milej się spotykało na kolegia redakcyjne i pisało eseje w kawiarni niż w biurze). Centrál podkręca te doznania i każe turyście poczuć się poetą, kładąc mu na marmurowy stolik obok popołudniowej kawy z tortem Esterhazy, albo sobotniego śniadania z prosecco, wiersz po węgiersku i angielsku, codziennie inny (sprawdzałem) z zakreślonymi kluczowymi słowami w obu językach, żeby tak zachęcony turysta napisał wiersz własny, byle krótki, na wydzielonej części kartki.

I choć dziś Centrál Kávéház wcale nie jest martwa, bo przecież pełna ludzi, to jednak jest tylko muzeum, choć muzeum ładne, przyjemne i wzruszające nawet. Inne budapeszteńskie kawiarnie literackie sprzed stu lat nie są nawet muzeami, ale jakimiś atrapami przeszłości, gdzie nie pada przy stolikach ani słowo po węgiersku, nie ma książek, tylko mieszczański blichtr, a z języków słychać tylko niemiecki i japoński, rzadko angielski, a węgierskiego nigdy.

Trudno nie lubić kawiarni z książkami, w których można je przeglądać i kupować, albo tylko czytać, ale nie ma już w naszych czasach kawiarnie literackich jak sprzed stu lat, z książek Krúdy ’ego, czy z historycznych esejów o minionym świecie – mam tu na myśli dwie piękne prace o kulturze stolic Austro-Węgier z przełomu wieków, czyli Fin-de-siecle Vienna: Politics and Culture napisane przez Carla Schorskie, oraz  Budapest 1900 Johna Lukacsa. Lubię Massolit w Krakowie i w Budapeszcie, albo Wrzenie Świata w Warszawie, w których książki i kawa są dla czytelników, nieodzownie ze sobą związane, milsza dla oka jest też ich klientela. Jednak dzisiejsze kawiarnie, nawet te z książkami, nie są miejscami życia literackiego.

Kawiarnia literacka przed stu laty to jednak coś innego. Mówi się, że najważniejsze nowoczesne, kulturotwórcze instytucje literackie przełomu wieków, to właśnie kawiarnia literacka i kabaret, w których mieściło się całe spektrum kultury modernistycznej, od jej centrum do obrzeży. Instytucja kawiarni funkcjonowała w Europie od XVII wieku, a niektóre z nich odegrały historyczną rolę w Europie Środkowej już w XIX – słynna na Węgrzech jest Plivax Cafe w Peszcie, gdzie zbierali się radykalni pisarze i intelektualiści w 1848, gdzie spiskowali i splatali swoje losy z nieszczęsną rewolucją anty-habsburską. Kawiarnie literackie w modernistycznym kontekście pojawiły się jednak w dekadach około 1900 i pełniły już inną funkcję niż miejsce spotkań rewolucjonistów. Stanowiły miejsce spędzania czasu towarzyskiego i twórczego przez nową, twórczą grupę – można w nich było przeczytać prasę, zagrać w karty i szachy, zjeść i dyskutować. Nade wszystko jednak kawiarnie zaczęły żyć dziennikarstwem i pisarstwem – służyły za drugie, mniej formalne redakcje gazet – odbywały się w nich posiedzenia kolegium, omawiano bieżące tematy, ale też – przede wszystkim pisano. Kosztolányi pisze o Budapeszcie jako o Mieście Kawy (“kávéváros”), w którym wszystko co piękne i wzniosłe, co wyrasta ponad przebrzydłą codzienność, bierze się w kawiarniach.

Najbliżej fenomenu środkowoeuropejskiej kawiarni literackiej sprzed stu lat, nie wiedząc jeszcze nic o tymże, znalazłem się w połowie lat dziewięćdziesiątych będąc w Buffalo (w stanie Nowy Jork) na studenckiej konferencji o prawie międzynarodowym. Konferencja, jak to bywa, była trochę ciekawa, a trochę wiadomo było co kto powie. Ciekawy był dla mnie pierwszy kontakt z amerykańską kulturą uniwersytecką, tamtejszymi prawnikami, studenckimi kłótniami o prawa człowieka, Kelsena i kapitalizm przy kolacji u dziekana w podmiejskim domu. Mieszkałem w dziewiętnastowiecznej, ładnej kamienicy w centrum miasta, w gościnnym pokoju w dużym studenckim mieszkaniu. Był kwiecień, ale znienacka mógł jeszcze spaść śnieg i okiennice były jeszcze po zimie zabezpieczone folią. Światło i powietrze było wiosenne.  W pierwszy wieczór przeszedłem z tamtejszymi kolegami, których już wtedy uważałem za lekko ekscentrycznych, na na spacer po mieście i do ich ulubionej kawiarni. Powiedzieć, że było tam hipstersko to nic nie powiedzieć. Trafiliśmy w miejsce jak wyjęte z przewodnika po dzisiejszej sentymentalnej Europie Środkowej – kawiarni w starej kamienicy, z wysokimi sufitami, starą stolarką okienną i podłogami sprzed stu lat, zdekompletowanymi meblami, dobrą kawą z fair trade (jeśli już wtedy się tak nazywała) i trafiliśmy na wieczorek poetycki. Nie spotkanie autorskie, na którym czytelnicy zadają inteligentne pytania a ulubiony autor wyrozumiale odpowiada, a potem czyta fragment ostatniej książki, czyli schematu autor – konsument kultury. Wieczorek poetycki polegał na tym, że połowa zgromadzonych osób czytała po kolei swoje wiersze, a następnie wszyscy je komentowali. Wiec siedzę sobie, piję kawę, oczy mam wielkie jak filiżanki, bo wcześniej to byłem może na wykładzie Miłosza albo Kapuścińskiego, a tu siedząca na parapecie dziewczyna opatulona w koc czyta swoje wiersze. Rozumiałem z tych wierszy co prawda co trzecie słowo, ale atmosfera i pomysł słodzenia kawy miodem wydawały mi się odkrywcze.

Przez Centrál Kávéház przewijają się mimochodem bohaterowie współczesnej polskiej powieści, szpieg i łączniczka, bo ta ostatnia zakochana jest od lat w węgierskim pisarzu i mimo klęski wrześniowej w ojczyźnie chce na niego choćby popatrzeć przez chwilę przy drugim śniadaniu.

„Niczego nie rozumiem. Siadam do śniadania.

 – Nie zjedz za dużo, na drugie pójdziemy do Centrál Kávéház. To jak Ziemiańska, tylko większa i ładniejsza i pisarzy w niej mają lepszych.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Nigdy nie lubiłem naszych pisarzy. Potrzebowałem ich sławy, tak jak innych artystów, ale nie lubiłem. Mieli coś, czego ja nie mam, i nawet nie umiem określić dokładnie co, ale czuję, a raczej czułem tego brak.

– A przede wszystkim jest – dodałem.

– Słucham?

– Jest. A Ziemiańskiej już nie ma. To znaczy lokal jest, nawet byłem niedawno, otwarty, ale Ziemiańskiej już nie ma, bo kto tam teraz przyjdzie i po co?

– To smutne – zamyśliła się Dzidzia.

– Wcale nie – odpowiedziałem od razu. – Wcale nie smutne. Nie żal mi. Było, a teraz nie ma. I pewnie już nie będzie. I co z tego?” (Szczepan Twardoch, Morfina)

Miło jest przejść tedy mostem Franciszka Józefa (stoi tam i dzisiaj, ale inaczej nazwany) śladami Konstantego z „Morfiny”, miło popatrzeć z mostu na hotel, w którym Konstanty się zatrzymał i pomyśleć, że miał rację Twardoch pisząc, że pisarzy mieli Węgrzy lepszych. I zastanawiać się dlaczego.

***

This entry was posted in any. Bookmark the permalink.

Leave a Reply