Czy warto rozmawiać po drodze?

Raczej nie, ale bywają wyjątki. W zasadzie to nie lubię z nikim rozmawiać w podróży, tylko albo sobie rozmyślać (gapiąc się z pozoru bezmyślnie za okno), albo coś czytać, albo powiedzmy sobie szczerze po prostu spać. Jednak czasem wdaję się w rozmowę, ostatnio miałem trzy świetne pogawędki na trasie Warszawa – Budapeszt i z powrotem. Pierwsza z bardzo elokwentnym australijsko-hinduskim wykładowcą politologii o postmodernizmie, lewicy, postkolonialnej sprawiedliwości społecznej i nacjonalizmie – on gruby, ja gruby, więc w samolocie zagadałem „ale ciasno”, bo mi się wydał sympatyczny i chciałem żeby przesunął siatkę pod nogami. Druga z melancholijną intelektualistką rumuńsko-węgierską o obaleniu Ceausescu i węgierskich pisarzach (mój stały zestaw ulubieńców – Krudy, Marai, Esterhazy, Nadas); pretekstem była awantura z jakimś chamem, który na nią krzyczał, że nie wolno ruszać jego toreb z precjozami w schowku. Niedawno była trzecia z taksówkarzem, łączącym zamiłowanie do Węgier i melancholijną przenikliwość w sprawach polityki (jak również pewną nonszalancję w kwestii topografii Warszawy): mój rozmówca ceni PiS, bo dobrze rządzą i mają coś w rodzaju polityki demograficznej i sprawiedliwościowej (500+ i reprywatyzacja), ale za inne rzeczy ich nie ceni, cenił wcześniej PO, bo sprawnie rządzili, ale już ich nie ceni, bo nie mają wizji żadnej ani przywództwa, głosował na N ale się rozczarował ich bezideowością, druga kadencja PiS go nie przeraża, na Jakiego ani na Trzaskowskiego nie zagłosuje, bo pierwszy prostak, a drugi niemądry bufon i marzy mu się na prezydenta Warszawy Biedroń, bo to jak powiada byłaby najlepsza wizytówka Polski. Po czym pożegnał się ze mną komplementem, że kulturalny pasażer, z którym można pogadać trafia się raz na rok. I vice versa chciałoby się powiedzieć, choć przecież kulturalny kierowca trafie się znacznie częściej.