Idąc przed siebie w Tiergarten

Berlin nigdy specjalnie nie garnął mi się do serca, ale z czasem coraz bardziej mnie ujmuje. A to surowym rozmachem bloków i domów towarowych przy Karl-Marx-Alee, które sprawiają wrażenie betonowej makiety (tyle, że w skali jeden do jednego) idealnego, śmiertelnie poważnego miasta z wystawy w Brazylii w 1952 z futuryzmem i triumfem pustki w tytule, gdy modna była jeszcze wiara w postęp i w lepszy świat, który wymaga budowania klasycystycznych nadludzko przestronnych miast. A to przyjemnym spacerem wzdłuż rzeki i kanałów, zaczynając od bulwarów niedaleko Ostbahnhof, gdzie stoją gdzieniegdzie fragmenty muru, a to widokiem pomników żołnierzy radzieckich wśród zieleni, których nikt nie tknął do dziś ani w Treptower ani w Tiergarten. Dobrze się tam spaceruje, przesiada w metrze i słucha komunikatów w niezrozumiałym języku. Miło się siedzi na trawie albo na murku nad kanałem z winem i z książką wśród ludzi, którzy wyglądają trochę ekscentrycznie i choć świadomość tejże własnej ekscentryczności aż zapiera im dech w piersiach, to są przecież mieszczanami i rozmawiają o swoim kulcie dla indywidualizmu z prawdziwym spokojem.

Berlin ma też łagodniejszy wdzięk, jak przy nostalgicznej Karl-Liebknecht-Straße, która prowadzi turystę przez wschodnioniemiecką estetykę do całkiem mieszczańskiej, sentymentalnej nawet Unter den Linden, a przy tej alei właśnie żywiej bije moje polskie serce, bo tam właśnie zaczyna się akcja jednej z najznakomitszych, choć zapomnianych polskich powieści sentymentalno-patriotycznych: “Między ustami a brzegiem pucharu” Marii Rodziewiczównej. Wstyd przyznać, że pisarki jeszcze niedawno zupełnie mi nieznanej. Powieść napisana jest językiem współczesnym i o sprawach narodowych, klasowych i po prostu życiowych – zupełnie dzisiejszych. Można sobie z łatwością wyobrazić całą historię jakby działo się wszystko w niej dzisiaj i jutro, a nie dawno, pomiędzy biurami przy Unter den Linden, klubami Berghain i KitKat, po sielskie wielkopolskie wsie, przyjęcia w ogrodach polskich bieda-oligarchów, tańce, zaloty, kuligi, wyższe sfery, kompanów ze studiów, kolejki po kebsa na Kreuzbergu, jabłonie po wsiach polskich, babcine ręce całowane przez wnuka. Bohaterowie są jak wyjęci z dzisiejszej prasy (i to niekoniecznie „kolorowej”, ale tej całkiem poważnej – bo czasem wielki świat Rodziewiczównej zawita i do Wyborczej), albo z seriali – każdy – całkiem jak w życiu – jest wspaniałym durniem traktowanym przez siebie i przez innych z naturalną powagą, każdy mógłby udzielać wywiadów prasie kolorowej o biznesie, sensie życia i miłości odnalezionej. Słowem każdego mógłby zagrać Tomasz Karolak, który od siebie też by miał coś do powiedzenia (szczególnie polecam wątek o teologii i zgubionym portfelu). Byłaby to dla jednych wzruszająca, dla innych ironiczna historia o miłości odmieniającej serca i losy ludzi, rodów i narodów, miłości do kobiety i do ojczyzny wznoszącej wszystkie postaci ponad ich codzienną tożsamość. Marzy mi się żeby zobaczyć jak nakręcili to jako dyptyk – Treliński, w kampowym klimacie Traviaty sprzed paru lat, i Zanussi, ten z kolei wzniosły, z dużych liter żeby było wszystko. Murowany sukces.

Podoba mi berliński pomnik Holokaustu (tam już bym Karolaka ani Zanussiego nie prowadził). Za pierwszym razem błąkaliśmy się w nim mroźny wieczór jak w labiryncie, po ciemku – nastoletnia córka i ja. Z początku wygląda on niewinnie i zagadkowo, nie jak pomnik, ale jak schemat czy model miasta, albo osiedla, a potem gdy wchodzimy w niego, wokół nas rozrastają się wielkie, nieprzyjazne ściany, zabierają przestrzeń, zmuszają żeby wcisnąć się w wąską ścieżkę. Świat jest zamknięty, ciasny, ale bez obietnicy schronienia, ani bez nadziei, że jest w nim cokolwiek dobrego, ani nawet bez żadnej obietnicy tego dobra, harmonii i spokoju, w które lubimy wierzyć. Błąkając się zastanawialiśmy się wtedy głośno, czy w tym pomniku chodzi wyłącznie o interakcję z nim, nie sposób zrozumieć go przecież z zewnątrz, trzeba się zgubić – żebyśmy zapomnieli skąd przyszliśmy i wyobrazili sobie na chwilę, że jesteśmy w nazistowskim kraju, że błąkamy się po ciemku ulicami, nie mając nadziei na nic, chyba tylko chwytając się skrawka nadziei, że się przeżyje dzisiejszą noc, a może tylko godzinę. W tym sensie pomnik powstaje w uczestnictwie, czy w interakcji ze swoim strachem i samotnością.

Długo nie miałem przekonania do Szprewy, która ogranicza przestrzeń raczej niż ją otwiera, trochę płynie, a trochę jakby stała na drodze, a jeśli już przestrzeń którą przemierzamy sama w sobie jest otwarta, to rzeka nie jest zaproszeniem do niczego, ale raczej granicą fizyczną, historyczną, symboliczną. Trochę ją polubiłem w pewną listopadową noc, usypiając na stojąco na techno, na które wchodzi się niepozornymi drzwiami przy moście, którym niedawno biegła granica między miastami i krajami oraz Wschodem i Zachodem. Do tych drzwi ciągnie się kolejka na godzinę czekania w nocy, dalej schodzi się w dół, a tam otwarta przestrzeń i toń płynącej wolno Szprewy, którą widać na wyciągnięcie ręki przez okna na całą wysokość i szerokość ściany. Zostawałem coraz bardziej w tyle za dziarskimi ruchami berlińskiej biurowej klasy średniej. Tłum wyglądający i pachnący w miarę, niewymuszony, niemal biurowy, łagodniejszy i bardziej pogodzony z sobą niż jakikolwiek tłum w Warszawie. Szprewa patrzy na nas, ale mówi tylko do mnie, że chce mi się spać – albo tamci jej nie słyszą, bo ciągle są dziarscy a ja śpiący. Od tamtego czasu patrzę na rzekę jak na starą znajomą; na jej wolną toń, bardziej wrocławską niż warszawską, niespieszną, swojską. Podobają mi się też w ogóle berlińskie imprezy, gdzie klasa średnia jest tak absolutnie wolna od dresiarzy jakby oni w ogóle nie istnieli, choć może po prostu elektroniczna muzyka im nie sprzyja.

Za każdym razem robi wrażenie Berlin Wall Memorial: wieże strażnicze, strefa niczyja, szare betonowe płyty stojące tam gdzie stały, gdy idzie się chodnikiem wzdłuż Bernauer Straße do stacji metra Nordbanhof, która będzie po lewej stronie i wchodzi się w nią jak w głąb czasu, jakby teraźniejszość była tylko powierzchnią, a przeszłość prawdziwą osnową świata schowana przed oczami.

Najpierw stoi mur, jak stał i można na niego patrzeć z góry z muzeum po drugiej stronie ulicy, po wschodniej stronie. Idąc wzdłuż starego cmentarza Ackerstraße i zatrzymując się na przejściu dla pieszych przy Bernauer za plecami ale wciąż blisko ma się mieszczański modernizm i secesję, a przed sobą na wyciągnięcie ręki bloki jak w Krakowie na Azorach. Wspinając się potem po schodach do muzeum nie sposób nie zaglądać starym enerdowskim obywatelom na balkony i wprost do mieszkań, przez okna i widzi się święte obrazki, krasnale, jelenie, pelargonie, paprotki, meblościanki. Znowu czas odsłania się przed nami. Mur po kilkudziesięciu metrach wzdłuż Bernauer Str. robi się symboliczny – zostały same pręty, zbrojenia żelbetonu, ładne, polerowane i wybarwione na rdzawo pewnie miedzią a może prawdziwą rdzą, między którymi można już przejść swobodnie z chodnika we Wschodnich Niemczech na trawnik, który był tu przed laty zaminowany i strzeżony. Na trawnikach znajdują się kamienne ławki, na których można poleżeć jeśli trawa mokra, płyty żelbetowe poukładane jak w magazynie, między którymi rosną drzewa samosiejki jeszcze całkiem nieduże dwudziesto- trzydziestoletnie może, są też zdjęcia ludzi, którzy zginęli uciekając przez mur i nagrane czyste, wyraźne głosy czytające apel poległych. Bez nacjonalizmu, ani wołania o pomstę do nieba, ani bez haseł o tym jak moce światła pogromiły ciemność, po prostu dwa głosy, męski i kobiecy, niemiecki i angielski, czytają metodycznie, wyraźnie, ładnie, wśród szumu drzew: „Herbert Mende – lat 29, postrzelony 8 lipca 1962 zmarł 10 marca 1968”. Lecz nikt już nie wyjaśnia czemu długo umierał, ani kiedy miał 29 lat – gdy umarł czy gdy go postrzelili, dopiero trzeba samemu poszukać, że umarł tuż przed dwudziestymi dziewiątymi urodzinami (jego biogram).

Na pierwszy rzut oka mur berliński wydaje się opowiadać naiwną historię o złu i dobru, o wolności, o pragnieniu tejże wolności, o zwycięstwie nas nad nimi, o nadziei, że za każdym razem to my zwyciężymy i będzie wolność, o wierze w wolność i w to, że nawet jeśli wolności nie ma, to będzie, bo ktoś za nią odda znowu życie, że trzeba walczyć i ufać w zwycięstwo. Obok niej jest też opowieść nieco bardziej zwycięstwie jednego imperium nad drugim, o zwycięstwie jednego imperializmu, o bankructwie drugiej ideologii. Nie stawia na szczęście bardzo nachalnej tezy. Pozwala mi iść między eksponatami, patrzeć w twarze kobiet i mężczyzn, którzy zginęli uciekając przez mur i nie decyduje za mnie dlaczego mam im współczuć, czy że nie mieli wolności słowa, czy że nie mieli kredytów na domki pod miastem, czy że nie rozumieli, że głupotą jest uciekać z nowego lepszego świata. Bo źle jest jeśli muzeum decyduje za mnie co mam myśleć. Jednocześnie, niedaleko rzeki, ale lepiej tam przejść przez miasto wpadając na kawę do the Barn i oglądając Checkpoint Charlie – Berlin opowiada dumną historię Brandenburgii i zjednoczonych Prus. A tuż obok, z kolei historię Armii Czerwonej kończącej Wielką Wojnę Ojczyźnianą, gdzie w Tiergarten pomnik poległych żołnierzy jest druga strona obrony Stalingradu. Tu też nie ma tezy, mimo, że nie byłoby muru berlińskiego bez poległych radzieckich żołnierzy, to zadzierając głowę do góry, ku napisom i rzeźbom, czuje się tylko, że że szczęśliwie się to tak skończyło. Jedno imperium pokonało inne, straszniejsze.

W Berlinie są dobre muzea, jest miło pójść na niedzielny spacer, spotkać tureckich emerytów na Wyspie Muzeów idących noga za nogą, miło jest usiąść z kieliszkiem wina na murku nad kanałem, miło jest wypić espresso i zjeść pasteis de Belem we wspomnianej kawiarni (the Barn), która jest tylko w dwóch miejscach w Berlinie i w jednym w Tokyo, grzać twarz w słońcu i widzieć dwa stołki dalej grzejącego twarz w słońcu lubianego polskiego pisarza, który przyjechał pewnie na spotkanie autorskie, i pije kawę i myśli pewnie jak to możliwe, że kawa tu lepsza i jak to możliwe, że w Warszawie poddani cara mieli wodociągi takie jak dzisiaj wcześniej poddani cesarza i kanclerza tutaj. A jednak kawa jakby lepsza.

***

Wszystko to co powyżej pochodzi z zaplanowanych, mniej i bardziej udanych wizyt. Ostatnim razem, kiedy to naprawdę polubiłem Berlin, znalazłem się tam przypadkiem. A w zasadzie, to przypadkiem tam utknąłem. W pogodną, wiosenną sobotę miałem być w Warszawie po męczącym tygodniu w Szwecji. Jednak zamiast lecieć bezpośrednio kupiłem bilety w ostatniej chwili i wziąłem z konieczności przesiadkę. Wychodząc z domu w środę wczesnym rankiem z ciężkim sercem, pełnym złych przeczuć, dopiero w piątek wieczorem byłem na lotnisku w Kopenhadze gotów wracać. Zmęczony hotelem, brakiem świeżego powietrza, spotkaniami, naradami w grupach, słuchaniem siwowłosych magnatów skandynawskiego przemysłu i finansów (lecz nie takich intrygujących, demonicznych jak u Larssona, tylko zwykłych, przystępniejszych niż amerykańscy odpowiednicy, ale wcale nie mądrzejszych), zmęczony światłem i chłodem tamtejszym. Zmęczony wreszcie tym, że byłem całkiem sam tylko kilka godzin dziennie, gdy spałem w swoim pokoju.

Podróż powrotna od początku jakoś nie szła. Najpierw popołudniu zamach w Sztokholmie, w centrum miasta, więc na lotnisku ni to jakieś zwiększone środki ostrożności, ni to większy tłum niż zwykle, bo weekend, do mojego samolotu chciało wsiąść za dużo ludzi, więc pytali, kto chce zostać. Wszystko powoli, wszystko się wlecze, ludzie niby nie myślą o zamachach, ale myślą. Biorę w księgarni do ręki nowego Austera i zaczynam kartkować. Dość go lubię, choć poznałem niedawno i mało znam, ale podoba mi się jego niepokojący język, lecz pozbawiony męczącego nadmiaru. Kojarzy mi się z chodzeniem po londyńskich księgarniach z córką. Wziąłem sobie „Trylogię nowojorską” i woziłem ją ze sobą zawsze w podróży, jakby na pamiątkę, czytałem powoli i zasnąłem nad nią nie raz w pociągu czy w samolocie. W każdym razie jego nowej książki nie kupiłem w Kopenhadze, bo jest ogromna, ma z 1000 stron i była w twardych okładkach, w dużym formacie, wydrukowana starannie wielkimi literami – do samolotu kompletnie się nie nadawała. Ale przekartkowałem i zorientowałem się z opisu, o czym jest i pomyślałem, mój Boże, Auster napisał właśnie książkę taką dokładnie, jaką ja zawsze chciałem napisać. Zawsze to może przesada, ale tak pomyślałem wtedy, bo lubię trochę dramę robić. Powiedzmy, że od roku chciałem taką książkę napisać właśnie, tylko nie o nowojorczyku, ale chłopaku z Warszawy, który zostaje radzieckim marszałkiem, choć to tylko jeden z możliwych jego życiorysów, a chciałbym zbadać też wszystkie inne, równie prawdopodobne. Ale ciągle jest praca, ciągle coś na jutro, gdzieś trzeba jechać, coś podpisywać, coś negocjować – to nie było, kiedy napisać książki, nawet research do niej idzie niemrawo. Za to Auster napisał. Jak się okazuje pisał bez przerwy trzy lata. W gazetach ma recenzje bardzo dobre i już ją mam, już czeka na swoją kolej. Ale przecież nie o książce, tylko o Berlinie mowa teraz.

Zatem snuję się po lotnisku w Kopenhadze załamany tą książką (jeśli bym napisał swoją o dwóch Polakach, marszałkach niemieckim i radzieckim, stojących po dwóch stronach pod Stalingradem i pod Kurskiem, to będzie ani chybi jak plagiat). Kopenhaga jest niedaleko, ale na wiosnę jest tam wyraźnie dłużej jasno wieczorem. Zatem zrobiła się cisza, jest wieczór i ładne światło. Tłumy jakoś poodlatywały, albo lotnisko je wchłonęło w swoje biało – szare zakamarki, rozświetlone tym skandynawskim światłem, mimo że powietrze jeszcze zimowe. Czekam jak najdłużej, żeby wsiąść do samolotu, jako ostatni, bo nie lubię tego gniecenia się ze wszystkimi, stania w rękawie, albo pod schodkami, czekania, przestępowania z nogi na nogę, gapienia się bezmyślnie na innych podróżnych, słuchania chcąc nie chcąc ich banalnych rozmów, nie lubię tego moszczenia się ludzi w samolocie, gdzie wszyscy z niepokojem swoim (niosą całe życie składające się z tego niepokoju, z niepewności, co to będzie, czy siedzenie wygodne, czy dolecimy), z bagażem, z siatkami, z kurtkami, z gazetami, okularami do czytania, zatyczkami do uszu, słuchawkami, tabletami, gumami do żucia, wodą na drogę. Wszyscy się pchają najpierw na wyścigi żeby wsiąść jak najszybciej, żeby już być w środku, już podróżować, bo przecież polecą pierwsi jak już będą w środku umoszczeni, z gazetami naszykowanymi, z okularami na nosie, kolejka ustawia się na długo zanim ma to sens. Więc wchodzę, wszyscy umoszczeni, czekali już w nagrodę za swoją pilność i punktualność dobre dwadzieścia minut, aż obsługa zamknie drzwi. Moszczę się i ja, wyciągam coś, chowam, zapinam, przysiadam, wstaję, siadam znowu, wszyscy gotowi, kapitan powiada, że wita, że będzie leciał godzinę i dwadzieścia minut, prosto, potem trochę na wschód, pogoda w Berlinie dobra, wiatr południowo-zachodni, bez opadów, temperatura 12 stopni Celsjusza. Potem kapitan jeszcze raz to wszystko mówi po niemiecku, jakby ktoś był ciekaw i chciał dwa razy posłuchać, albo się dowiedzieć jak jest wiatr południowo-zachodni po niemiecku.

Zatem w drogę. Lecimy. Trochę opóźnieni, może z 20 minut, bo Niemcy myślę sobie tak naprawdę, wbrew obiegowej opinii w Polsce, są strasznie nieogarnięci. Przynajmniej w porównaniu ze Szwedami. Wszyscy umoszczeni, ściśnięci, oddychają jednym powietrzem i jednym strachem, czy aby się nie zabijemy wszyscy. Turbulencje, nic kapitan nie mówił, że będą turbulencje, mieliśmy jechać prosto, potem na wschód, a wiatr miał być po prostu południowo-zachodni.  Dziewczyna obok blednie, zaciska dłonie na podłokietnikach, cała tężeje. Wprawa mnie to w rozbawienie. Wyjmuję słuchawkę z jednego ucha i pytam czy wszystko w porządku. Jej strach mnie bawi i zaciekawia. Mam ochotę jej powiedzieć, że jeśli boi się umierać sama, to jak zaczniemy na dobre spadać, to może mnie trzymać za rękę. Ale powstrzymuję się, bo wiadomo – nie zrozumie żartu, tylko pomyśli, że wszystko przesądzone i przyjdzie jej umrzeć z obcymi ludźmi w samolocie, a nie w szpitalu na starość. Lecimy jednak cali. Ludzie się moszczą na nowo. Dzieci grają na telefonach, a młodsze płaczą, bo nie wiedzą jak długo jeszcze, ani że po turbulencji trzeba się dla uspokojenia nerwów umościć na nowo.

Czytam książkę o przyszłości świata. Fragment idealnie pasujący do zamachu w Sztokholmie. “Podczas gdy w 2010 otyłość i związane z nią choroby zabiły 3 miliony ludzi, terroryści zabili łącznie 7697 ludzi na całym świecie, głównie w krajach rozwijających się. Dla przeciętnego Amerykanina czy Europejczyka, Coca-Cola niesie o wiele bardziej zabójcze niebezpieczeństwo niż al Kaida.” Święte słowa myślę i z zadowoleniem odnotowuje, że nie piję nigdy coli.

W międzyczasie okazuje się, że w Berlinie bym nie zdążył na samolot do Warszawy, bo ten z Kopenhagi był spóźniony, ale jeszcze w samolocie stewardessa informuje, żebym się nic martwił, bo loty kolejne też są opóźnione – w tym “nach Warschau“. Jakoś tyle lat nie mogą ogarnąć, że Warszawa to po prostu Warsaw. Ale mają całkiem ładną ulicę Warszawską w centrum, więc niech im będzie. Zatem idę na swój samolot nach Warschau. Waliza w rękę i schodami w górę i w dół. Opóźniony dwie godziny. Niby dobrze, że zdążyłem, ale źle, że aż dwie godziny. W mojej hali dziki tłum, nie ma gdzie usiąść, ludzie na podłodze, na krzesłach, dwie jadłodajnie całkiem zajęte, w jednej jest zupa wietnamska, którą bym zjadł, ale się skończyła. Maja piwo i kanapki, niezachęcające. W drugiej jadłodajni mają kiełbasę i piwo. Ludzie jedzą te kiełbasy. Jedna dziewczyna nie je kiełbasy, tylko szarlotkę: beznamiętnie macza swoją szarlotkę w kawie, następnie w jogurcie, następnie wkłada do ust. Metodycznie, kawałek po kawałku, nie opuszcza ani kawy ani jogurtu ani nie zmienia kolejności. Patrzę na nią, zastanawiam się czy to smaczne, takie maczane, ale zastanawiam się tylko teoretycznie, bo na kolację nie chcę szarlotki ani kiełbasy. Tylko, jeśli już to zupę pho, której już nie ma. Więc nie będzie kolacji chyba, że na Okęciu.

Czekamy. Robi się coraz luźniej, niektórzy odlatują, jest gdzie usiąść, jest gdzie czytać. Korzystam z Internetu i kupuję sobie bilety do Edynburga na za dwa tygodnie, bo kiedyś trzeba kupić. Wreszcie wiozą nas do samolotu. Wiozą niemrawo, na kilka razy. Ludzie kończą się mościć, moszczę się ja. Trzy rodaczki-oligofreniczki przede mną dzwonią do pana Bogdana, który ma je odebrać z Okęcia, a potem rozmawiają o tym, że myśliwi są ok, a tylko kłusownicy, którzy zabijają zwierzęta są źli. Że przecież jak komuś żal tych zwierząt, co je myśliwi zabijają, to niech się zajmą ofiarami wojen, bo to przecież ludzi trzeba żałować, a nie zwierzęta. Więc tylko kłusownicy źle kłusują. Myślę sobie, że z prostakami nie tylko nigdy, ale to przenigdy nie można dyskutować, ale też nigdy nie należy się przysłuchiwać ich rozmowom, więc zamiast coś powiedzieć, że z ludźmi podobnie – nie żałować tych za mało cierpiących żeby się człowiek sam swoją empatią nie zmęczył, tylko podkręcam muzykę w słuchawkach i zapominam o rodaczkach.

Siedzimy. Samolot przemieszcza się wolno po pasie startowym. Kapitan nagle mówi, że niestety minęła 23:30 i ponieważ jeszcze nie odlecieliśmy, to już nie odlecimy, bo po nocy nie wolno mu nad Berlinem latać. Myślę sobie, no to pięknie – mam zajęcia prowadzić następnego dnia w południe a tu taka okoliczność. Czemu żeście się nie ogarnęli szybciej, mogliśmy wylecieć 20 min temu gdybyście się pospieszyli. Wiozą nas na lotnisko. Rodaczki w wielkiej obawie jak one do domu dojadą, bo pociąg ostatni do Warszawy Wschodniej już odjechał. Kolejka. Kwaterują do hotelu, wpisują na listę pasażerów na jutro. Ludzkie dramaty w kolejce, kto gdzie nie dojechał, kto skąd wracał, kto na niego gdzie czeka. Myślę sobie jak to dobrze, że ja zawsze pakuję więcej ubrań. Będą na jutro. Trochę się kłócę bez przekonania, że muszę być w Warszawie rano, no ale lotu nie ma rano, więc biorę popołudniu. Jest noc, już po północy, ale miasto nie śpi. W hotelu kolejka z tymi samymi ludźmi, pogodzonymi z losem, te same akcenty słychać. Hiszpanie, Polacy, Włosi, Polacy. Te same ludzkie dramaty, gdzie kto nie zdążył. Zachodni Berlin, taka wersja mieszczańska, przedwojenna, ładna, blisko Tiergarten od strony ZOO i domu Isherwooda, ale niestety ten zamknięty dla zwiedzających jak informuje mnie appka Lonely Planet w telefonie. Myślę żeby wskoczyć w metro i pojechać na imprezę, jest druga w nocy, ale tu imprezy trwają od piątku wieczorem do niedzieli rano, a potem jeszcze do wieczora jest chillout. Ale starość bierze górę, myślę – wyśpię się i pójdę rano na spacer.  Rano budzę się wcześnie, skoro świt, przez moment nie wiem gdzie jestem – nie Malmo, ale i nie Warszawa. Idę, czym prędzej na spacer, zawsze chciałem przejść cały Tiergarten wzdłuż i wszerz. Jest pusto i wiosennie. Zaczynam od Siegessäule – pomniku zwycięstwa w jakiejś wojnie z Duńczykami sprzed 150 lat i idę na południowy zachód. Park ogromny, piękny, angielski, kaczki pływają po stawach, ścieżki gubią się w zaroślach, jest zielono i sa pierwsze kwiaty. Jest pusto i wiosennie. W Warszawie by tu na pewno powstało osiedle bloków i biurowce, w końcu centrum miasta.

W pierwszej chwili byłem zawiedziony i poirytowany tym jak pokrzyżowano moje plany (miałem mieć zajęcia następnego dnia w południe). Bo nie tu miałem być. Bo nie tak to miało wyglądać. Bo co innego jakbym sam chciał tu przyjechać na weekend. Ale chwilę potem, może właśnie rankiem idąc do Tiergarten z mapą w ręce, mijając muzeum Bauhausu pomyślałem, jakie to zabawne – wszystkie plany, jakie mamy w życiu, wszystko, na co liczymy – los się tym nie przejmuje. Zamiast załamywać ręce nad zmarnowanym piątkiem i sobotą, czy tam nad zmarnowanym życiem, najlepsze, co można zrobić to wyspać się i iść na spacer. W Berlinie, na wiosnę.

***

Tiergarten w zachodniej części i pomnik żołnierzy radzieckich, też w Tiergarten, ale od strony Bramy Brandenburskiej.

 

This entry was posted in any. Bookmark the permalink.

Leave a Reply