Kurlandia i chińskie IPR

W przeddzień przesilenia letniego, czyli całkiem niedawno, znalazłem się w gronie łotewskich, litewskich, polskich, chorwackich, słowackich i chińskich przedsiębiorców, doradców i urzędników, w letnim pałacu Ernesta Jana Birona, założyciela domu Bironów, władcy Kurlandii i Semigalii, polityka i awanturnika, który będąc lennikiem Stanisława Augusta przejął na chwilę faktyczną władzę w Rosji, najpierw jako zaufany doradca carycy Anny Iwanownej, a po jej śmierci jako regent Cesarstwa. Biron najpierw wspiął się na szczyt, gromadząc zaszczyty, wpływy, władzę i majątek (porównywalny podobno do majątku samej rodziny Romanowych), aby stracić wszystko co miał i spędzić 22 lata na zesłaniu. Stało się to po przewrocie przeprowadzonym przez konkurującego z Bironem feldmarszałka Burkharda Münnicha, niemieckiego wojskowego, który z armii saskiej przeszedł do polskiej, a potem rosyjskiej, a który sam sięgnąwszy szczytów władzy w Rosji, popada w niełaskę i trafia na zesłanie. Pod koniec życia Biron wrócił do Kurlandii i dokończył budowę swojego swojej letniej rezydencji – wzorowanego na Wersalu Pałacu Rundāle. Historia Birona i Münnicha, z carycami (i romansami, jak się domyślam, choć nikt tego wyraźnie nie mówi; przewodniczka i wikipedia posługiwały się eleganckim zwrotem “faworyt carycy Anny“), przewrotami pałacowymi w Rosji, wojną z Turcją i zamachem stanu, z historią pomniejszą, ale nam bliższą – Polski i Rosji („Ten przystojny mężczyzna na portrecie na samej górze to Stanisław August Poniatowski, król polski i wielki książę litewski, którego Ernest Jan Biron był lennikiem” mówi przewodniczka patrząc na króla Stanisława zdecydowanie przychylniej niż na wiszące niżej portrety Piotra Wielkiego i Fryderyka Wielkiego) – ni to jak z nudnego podręcznika w liceum, ni to jak z historycznego thrillera politycznego. A trochę jak z Fantomowego ciała króla Jana Sowy (recenzja), szczególnie na myśl o setkach, jeśli nie tysiącach poddanych, których praca była konieczna żeby wznieść pałac i utrzymać na codzień park.

Skąd się tam wziąłem? Otóż, co kilka miesięcy, a czasem częściej, przyjmuję zaproszenie na seminarium o inwestowaniu w Chinach lub krajach Azji Południowo-Wschodniej, albo o handlu z tymi krajami, żeby mówić do menedżerów i prawników, a urzędników i doradców z instytucji publicznych, zwykle na temat prawa własności intelektualnej. Tym razem była to konferencja poświęcona relacjom gospodarczym “Grupy 16+1”, czyli CEE (szeroko rozumianej) i Chin. Nie wiedziałem za bardzo co to jest, ale po powrocie okazało się, że to w Polsce jest gorący temat, takie Międzymorze+ i w ogóle jeździ do Chin pani premier i pan minister odkrywca San Escobar (ale ich nie było, tylko pomniejsi urzędnicy).

Po konferencji był spacer po parku, zwiedzanie pałacu, koncert muzyki dawnej (przeboje z XVIII w.), następnie kolacja i garden party w scenerii jak ze ślubu wyższych sfer albo turnieju trójmagicznego z filmu o Harrym Potterze. Było tam bardzo pięknie. O ile pałac w środku męczy nadmiarem, bo choć wystrój zapewne był modny 250 lat temu, to skandynawskie światło i krajobraz zachęca do surowej, powściągliwej estetyki. Za to park i okolica – stawy, róże, ścieżki z pergolami, rzędy lip, widok z książęcej sypialni na ogrody – rewelacyjne. Szczególnie w podróży służbowej, która kojarzy się raczej z miejskim zgiełkiem, wnętrzami biurowców albo instytucji publicznych, konferencjami przy zamkniętych oknach z ciężkim po kilku godzinach powietrzem, tam – wręcz przeciwnie – powietrza, światła i ciszy było pod dostatkiem.

Sama konferencja odbywała się wśród pól, w odrestaurowanych budynkach gospodarczych, pachnących pokostem, drewnem i wiatrem. Łotysze lubią duże otwarte okna i drzwi, światło i powietrze wpadające bez przeszkód wśród ludzi. Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie – siedząc w panelu dyskusyjnym, naprzeciwko drzwi widać było, jak obraz na ekranie telewizyjnym, przesuwające się burzowe chmury, strugi deszczu, wreszcie znowu słońce. Na koniec dnia wypogodziło się i do późnego wieczora zachwycało mnie światło (jak na zdjęciu niżej).

Znaczną część konferencji poświęcono ochronie własności intelektualnej przedsiębiorców planujących obecność w Chinach, albo już prowadząych tam działalności biznesową. Miałem im do przekazania – podobnie jak pozostali paneliści (w zasadzie panelistki – to miła odmiana być w mniejszości, a nie wśród samych męskich gadających głów) kilka dość prostych informacji i rad:

  • podobieństwa chińskiego prawa do polskiego, łotewskiego czy szwedzkiego prawa są łudzące i nie należy ufać swoim instynktownym skojarzeniom
  • znaczenie ochrony własności intelektualnej w Chinach rośnie i będzie rosło; nie dlatego, że tak chce Zachód czy WTO, albo że tak jest sprawiedliwie, ale dlatego, że to ma sens dla chińskiej gospodarki – ze względu na jedne z najwyższych na świecie nakładów na badania i rozwój, co sprawia, że Chiny są jednym z najaktywniejszych rynków technologicznych i przeżywają boom patentowy
  • jak chronić oznaczenie przedsiębiorstwa/produktu i wizerunek rynkowy: w skrócie – rejestrować znak towarowy natychmiast bo Chiny stosują zasadę “first to file” czyli “kto pierwszy ten lepszy”, nie zapewniają ochrony znaków powszechnie znanych poza Chinami), a także, że znaki towarowe trzeba lokalizować, czyli dobrać ich odpowiednie znaczenie albo brzmienie, a najlepiej jedno i drugie (z przykładami bardzo dobrych (jak Coca Cola – 可口可乐, czy Nike – 耐克) oraz poprawnych praktyk (jak Sony – 索尼, czy General Motors – 通用汽车)
  • jak chronić swoją technologię – kiedy najlepsza jest ochrona patentowa, a gdzie lepiej sprawdzi się kontraktowa i przepisy o tajemnicy przedsiębiorstwa.

Rozmawialiśmy trochę o studiach przypadków – np. o przegranej przez New Balance sprawie (tutaj można przeczytać więcej). Łotewska panelistka przytoczyła niedawno rozstrzygniętą, na niekorzyść Apple, sprawę dotyczącą znaku towarowego iphone – tu pisze o niej NYT. A chińska prawniczka z wdziękiem zadręczała audytorium szczegółowymi danymi o liczbie wpływających wniosków rejestracyjnych (z roku na rok coraz więcej), o czasie rozpatrywania, o ostatnich zmianach w przepisach etc.

Wszystkim się bardzo podobało, pytań było sporo, ale miałem wrażenie, że przedsiębiorcy woleliby usłyszeć coś bardziej podtrzymującego na duchu. Na przykład, że nie ma się czym przejmować, szkoda czasu i pieniędzy na rejestrowanie znaków towarowych, modeli użytkowych (utility models) i czytanie umów o zakazie konkurencji i wystarczy działać jak w Europie.

***

W bonusie widok na stawy Ernesta Jana Birona. Kto wie, może lennik naszego króla i regent Cesarstwa Rosyjskiego wypoczywał łowiąc w nich ryby?